Parafia p.w. Św. Józefa

 
   

POWRÓT

 

Artykuły - Kazania

   

 

 

 

Warto zobaczyć !

 Kontynuując coroczne pielgrzymowanie z Seniorami naszej parafii - 24 września „zapukaliśmy” do bram klasztoru w Mochowie.

Klasztor w Mochowie ufundował w 1388 r. książę Władysław Opolczyk, ten sam, który założył klasztor na Jasnej Górze (1382) . Ofiarował paulinom równinną, rozległą łąkę nad rzeką Osobłogą  zwaną przez miejscową ludność „ łąką Panny Maryi”w pobliżu murów Głogówka gdzie podobno już wcześniej stała drewniana kapliczka.

Pierwsi zakonnicy przyjechali z Węgier. Wybudowany przez nich klasztor i kościół zostały zniszczone w czasie najazdu husytów na Śląsk w 1428 r. Nowe budynki klasztorne wzniesiono w 1578 r.

Malowniczy klasztorek Paulinów w Mochowie dwa razy był schronieniem dla jasnogórskiego obrazu Matki Boskiej. Po raz pierwszy przywiózł go tu prowincjał zakonu o.Teofil Bronowski  8 listopada 1655 r., tuż przed oblężeniem Jasnej Góry przez wojska szwedzkie. W tym czasie niewielki Mochów był odwiedzany przez najwyższych polskich dostojników, stacjonujących w pobliskim Głogówku, na czele z królem Janem Kazimierzem. Po raz drugi Paulini ukryli swój skarb w Mochowie w 1705 roku, gdy      w czasie wojny północnej Częstochowa była zagrożona oblężeniem szwedzkich wojsk generała Stromberga.

W 1668 r. przebudowano klasztor i wzniesiono obok barokowy kościół .

 W 1813 r. pruskie władze przeprowadziły sekularyzację, czyli upaństwowienie majątków zakonnych. Zlicytowane zabudowania w Mochowie odkupił  hrabia Jan Oppersdorff, który po przeprowadzeniu remontów podarował je diecezji z prawem użytkowania  przez Siostry Boromeuszki, które urządziły tu szpital i prowadziły pracę charytatywną

            Paulini przejęli parafię Mochów wraz z klasztorem na nowo w 1972 r. W istniejącym obecnie kościele pod wezwaniem Trójcy Świętej i Matki Bożej Częstochowskiej  na ołtarzu głównym od 1988r  króluje kopia obrazu Jasnogórskiej Bogurodzicy przysłonięta  dotychczasowym obrazem przedstawiającym Trójcę Przenajświętszą koronującą Matkę Bożą. Poza tym świątynia charakteryzuje się bogatym wystrojem wnętrza. Pięć barokowych ołtarzy, rzeźby Najświętszego Serca Jezusa i Niepokalanego Serca Maryi oraz licznych świętych i aniołów, monumentalna ambona oraz zespół rzeźb nad chrzcielnicą nadają kościołowi swoiste piękno, a cisza i spokój z pewnością sprzyjają modlitwie i medytacji.

            Dalsza droga zaprowadziła nas do klasztoru franciszkanów i  Sanktuarium Matki Bożej Loretańskiej w Głogówku.

Franciszkanów do Głogówka sprowadził w 1264 r książę opolski Władysław  z Czech. Aż do połowy XVII w. klasztor w Głogówku należał do czesko-polskiej prowincji, potem został włączony do prowincji austriackiej. Najazd husytów w 1428 r. wypędził franciszkanów z miasta. Kościół i budynki klasztorne zostały spalone. Zakonnicy udali się do Bytomia, potem przenieśli się do Koźla.

Do Głogówka wrócili około 1480 r. Pobyt franciszkanów w Głogówku tym razem trwał tylko do 1565 r. Reformacja przeniknęła wtedy do miasta. Pod jej wpływem część zakonników przeszła na protestantyzm, pozostałych rada miasta usunęła z klasztoru. Kościół oddano gminie ewangelickiej, zaś budynek klasztorny sprzedano szlacheckiej rodzinie Schweinochów.

W 1620 r. Jerzy III Oppersdorf odkupił klasztor i majątki. W 1628 r. przekazał budynki franciszkanom, którzy po 63 latach nieobecności wrócili do Głogówka. W latach 1629-1630 odbudowano kościół i klasztor. Niestety, trzy lata później klasztor został złupiony przez wojska saskie. Dopiero w 1636 r. podjęto odbudowę i rozbudowę kościoła i klasztoru. I tym razem los okazał się nieprzychylny, w 1643 r. kościół i klasztor zostały spustoszone przez wojska szwedzkie. Jerzy III jeszcze raz podjął odbudowę, w 1651 dobudowano nawet kaplicę św. Antoniego. Rychło przyszło nowe nieszczęście - w 1665 r. pożar nawiedził zespół klasztorny. Wielki pożar miasta w 1765 r. zniszczył także kościół i klasztor franciszkański. Podjęto odbudowę i modernizację wystroju kościoła. Nastąpił okres świetności kościoła i klasztoru, który trwał jednak krótko. W 1810 roku w wyniku wielkiej sekularyzacji klasztor został skasowany i w następnym roku opuścili go ostatni zakonnicy. W latach 1818-1872 mieściło się w nim seminarium nauczycielskie.

Tym razem franciszkanie powrócili do Głogówka dopiero po 135 latach - w 1945 r. objęli klasztor, a w następnym roku przejęli również administrację tamtejszej parafii, którą prowadzili do 1992 r.

Ośrodkiem życia franciszkanów był kościół, w którym na wzór św. Franciszka, starali się szerzyć kult Chrystusa Ukrzyżowanego, a także Matki Bożej.

 Kościół franciszkański,  sprawia wrażenie jednolitej budowli, niemniej jednak składa się z elementów pochodzących z różnych epok. Prawdopodobnie prezbiterium i mury nawy pochodzą jeszcze  z okresu średniowiecznego gotyku.. Obecny kształt kościół otrzymał w okresie odbudowy i rozbudowy w 1636 roku.

Od strony południowej znajduje się kaplica św. Anny i św. Antoniego, natomiast duża kaplica północna kryje Domek Loretański będący wierną kopią Świętego Domku z Loreto z figurą Matki Bożej z Dzieciątkiem  w bogatych szatach, na tle promienistej glorii, wykonaną z drzewa hebanowego.

 Za ciekawostkę należy uznać znajdujący się w świątyni dzwon zwany Dzwonem Ósmej Godziny. Dzwon ten ofiarował kościołowi franciszkanów hrabia Jerzy III Oppersdorff jako wotum dziękczynne po epidemii dżumy w 1649 roku. Dzwon ten w okresie II wojny światowej został zrabowany przez wojska hitlerowskie i miał być przetopiony na potrzeby militarne. Szczęśliwym trafem uchował się jednak w całości i w 2001 roku powrócił do Głogówka, skąd codziennie o 8 rano wzywa do modlitewnej pamięci o zmarłych..                     

Po drodze do kościoła parafialnego odwiedziliśmy kaplicę Bożego Grobu, naśladującą kształtem kościół Grobu Pańskiego w Jerozolimie, którą w 1634 roku również ufundował  hrabia Jerzy III Oppersdorff. Usytuowana jest w narożu dawnego przedzamcza, blisko klasztoru franciszkańskiego.

Kościół parafialny św. Bartłomieja w Głogówku wybudowany został w stylu gotyckim około 1380 roku z dwuwieżową fasadą, przebudowany w latach 1775-1781 w stylu barokowym. Wystrój wnętrza jest dziełem dwóch artystów: Franciszka Sebastianiego (polichromia) i Jana Schuberta (sztuketeria). We wnętrzu znajduje się także późnogotycka kaplica Oppersdorffów. Kościół jest siedzibą Głogóweckiej Kapituły Kolegiackiej. Nazywany jest Perłą Opolskiej Ziemi.                                                                                              Zwiedziliśmy również ruiny zamku którego dzieje  sięgają średniowiecza. Miasto było wzmiankowane wcześniej – w 1076, zaś w 1275 roku otrzymało prawa miejskie, które nadał mu książę Władysław Opolski. Prawdopodobnie tenże władca zainicjował wzniesienie warowni. Powstanie pierwszego zamku datuje się na przełom XIII i XIV stulecia, rozbudowany w XVII w., trójskrzydłowy, z narożnymi wieżami, ozdobnymi portalami, budynkiem bramnym i kaplicą z polichromią Franciszka Sebastiniego. Obecnie część zamku zajmuje Muzeum Regionalne.

            W drodze powrotnej wstąpiliśmy do kościółka pod wezwaniem Najświętszej Maryi Panny Matki Miłosierdzia w Większycach.

Rozśpiewani, z  Maryjną pieśnią na ustach, wzbogaceni duchowo i naładowani Boską energią  wróciliśmy  do naszych  domów.

 

                                                                      W imieniu Parafialnego Caritasu  - Danuta H.  - listopad 2011

 

Raz jeszcze, bo warto przemyśleć ….

 

Nasze chrześcijaństwo to: zmówić pacierz rano i wieczorem, chodzić do kościoła na Mszę świętą w niedzielę, nie popełniać grzechów. Nie zabijać – nie zabijamy, nie cudzołożyć – nie cudzołożymy, nie kraść – nie kradniemy. Robić od czasu do czasu dobre uczynki – owszem, ale branie udziału w życiu politycznym jako obowiązek sumienia? Jeżeli, to najwyżej w tym celu, aby zagwarantować wolność Kościoła i wyznania; abyśmy mogli swoje pacierze odmawiać, do kościoła chodzić, przyjmować sakramenty święte, a tę resztę niech „tamci” zrobią. Ale to jest postawa kompromitująca.

Chrześcijaństwo powinno oznaczać myślenie społeczne: troskę o to, aby nie tylko mnie było dobrze, ale żeby było dobrze całemu społeczeństwu, żeby nikt nie był krzywdzony: wykorzystywany, okłamywany, upokarzany, prześladowany, zniewalany, aby wszystkim się dobrze powodziło – materialnie i duchowo. A na to trzeba się zaangażować w życie polityczne, począwszy o d wszelkiego rodzaju wyborów, poprzez trud legislacyjny, aż po wdrażanie praw i funkcje sądownicze. Trzeba włączyć się w życie polityczne i na bieżąco myśleć o tym, co robić, jakie środki podejmować, by ludzie – społeczeństwa – żyli godnie – tak, jak nam wskazywał Jesus Chrystus.

 Jesteśmy społeczeństwem wolnym, które decyduje o kształcie swojego życia politycznego, gospodarczego, społecznego, kulturalnego. Dzieje się to za pośrednictwem naszych reprezentantów, których wybieramy do władz państwowych czy samorządowych. Jest to ważne zadanie. Wybory na liście naszych zajęć społecznych powinny zajmować ważne miejsce i powinniśmy być do nich dobrze przygotowani.

Odpowiedzi na pytanie „Kogo wybrać?” – szukajmy kierując się dwoma kryteriami. Po pierwsze program partii. Gdy słuchamy czasem bełkotu przedwyborczego, który do nas dociera, gdy czytamy slogany, które wypisują przedstawiciele różnych partii, to na dobrą sprawę możemy powiedzieć: Wszyscy chcą tego samego! Wszyscy tacy dobrzy i święci, i tak nam dobrze życzą. Nawet w niektórych wypadkach z powoływaniem się na naukę społeczną Kościoła.

Ale nie pozwólmy się zwieść tymi pięknymi, okrągłymi życzeniami, ani nawet samą nazwą partii, bo ona nie zawsze jest jednoznaczna. Czasem ogólnikowa, a bywa, że i myląca. Dopytujmy się, czego ta partia chce, jakie są jej idee, założenia, cele i jakie środki do nich wiodące.

 Bo głosujemy, po pierwsze, na program. Wejdźmy w szczegóły programu. Próbujmy ocenić, ile w nim mądrości, znajomości realiów, rozeznania w możliwościach i zagrożeniach. Ile fachowości, a ile bujnej fantazji, amatorszczyzny, nieświadomości, pseudooptymizmu, niefrasobliwości, wręcz lekkomyślności.

A gdy już się dowiemy jaki jest program partii, to czas zapytać, czy ludzie, którzy taki program głoszą, są wiarygodni, czy mają dość mądrości i konsekwencji aby kierować państwem i kierować dobrze. Dowiaduj się o nich. Co dawniej mówili, o co walczyli, co dotąd zrobili, co zdziałali. Czy dla nich nie jest to „drabina” po wielkie pieniądze i po dobre stanowiska.

I jeszcze jedno. Nie patrzmy tylko na „lokomotywę” – na kandydata, który ciągnie za sobą cały pociąg nazwisk umieszczonych na liście wyborczej. Patrzmy również na tych, którym on przewodzi. Czy są godni naszego zaufania.

A wreszcie, rada całkiem praktyczna: stosujmy metodę eliminacji negatywnej. Najpierw odrzućmy te partie, które nam się nie podobają. Zostawmy te, co do których nie mamy pewności i nad tymi się zastanawiajmy, by z nich w końcu wybrać najlepszą.

„Czy to nie za dużo na moją głowę?”

Nie mamy wyjścia. Zostaliśmy obdarzeni demokracją. I odtąd jesteśmy skazani na udział w wyborach i za nie jesteśmy odpowiedzialni. O to walczyliśmy, tego chcieliśmy. To nasz sukces: my, jako zwyczajni obywatele, jesteśmy w stanie ingerować w życie polityczne, społeczne i gospodarcze kraju, również głosując. Nie traktujmy tego jedynie jako ciężki obowiązek, ale jako zaszczyt, przywilej. I pamiętajmy, gdybyśmy nie przystąpili do wyborów, to i tak głosujemy, swoją nieobecnością umożliwiamy innym wybór człowieka, którego być może nie życzylibyśmy sobie. A wtedy nie narzekajmy, że będą takie rządy, jakie będą.

 

                                Na podstawie przemyśleń ks. prof. Mieczysława Malińskiego    

                                                                             opracował Feliks Monasterski  - październik 2011

 

 

Ksiądz Gerhard Hirschfelder błogosławiony z Ziemi Kłodzkiej

 

Nie wystarczy się urodzić człowiekiem, trzeba jeszcze być człowiekiem. Zachować godność – to być sobą w każdej sytuacji życiowej. To stać przy prawdzie, choćby ona miała nas wiele kosztować.

                                                                                                                            wypowiedź ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego

 

         Pierwszego maja będziemy obchodzić wielką uroczystość wyniesienia na ołtarze naszego ukochanego rodaka papieża Jana Pawła II.

         W czerwcu minie rocznica ogłoszenia ks. Jerzego Popiełuszki błogosławionym – kapłana, który swoim życiem udowodnił, że miłość jest mocniejsza od nienawiści.

         Dziewiętnastego września 2010 odbyła się w Niemczech, w Münster (Monaster) beatyfikacja wielkiego kapłana Ziemi Kłodzkiej ks. Gerarda Hirszfeldera, którego grób znajduje się w Czermnej koło Kudowy. Kapłana, o którym mało kto wie, mówi albo pisze. Uroczystości beatyfikacji przewodniczył ks. kardynał J. Meissner, krajan, biskup Polski i Czech. Przybyło również wielu pielgrzymów ze Śląska oraz liczne osoby, które znały księdza z czasów jego posługi duszpasterskiej w latach 1932-39. Proces beatyfikacyjny ks. Hirschfeldera przebiegał w diecezji Münster w Północnej Westfalii, ponieważ tutaj swoją siedzibę ma wizytator apostolski dla osób przesiedlonych po II wojnie światowej z Dolnego Śląska.

         Ks. prałat Brudnowski, proboszcz w Czermnej powiedział podczas uroczystości w Münster: „ks. G. Hirschfelder jest Niemcem, ale gdy zostanie beatyfikowany będzie należał do wszystkich”.

         Ks. Gerhard Hirschfelder urodził się 17.02.1907 roku w Kłodzku, gdzie skończył szkołę podstawową i gimnazjum. Po maturze rozpoczął studia filozoficzno-teologiczne na Uniwersytecie Wrocławskim. 31.01.1932 został wyświęcony przez ks. kardynała Adolfa Bertrama na kapłana. Posługiwał jako wikariusz w Kudowie Zdroju – Czermnej w latach 1932-39.

         W latach 1936-40 był duszpasterzem młodzieży Ziemi Kłodzkiej. Ks. Gerhard cieszył się wielkim autorytetem wśród młodzieży, potrafił z nimi rozmawiać, a organizowane przez niego pielgrzymki do sanktuariów ziemi kłodzkiej cieszyły się wielkim powodzeniem. Chcąc go uchronić przed szykanami ze strony reżimu kuria wrocławska w 1939 przeniosła go do Bystrzycy Kłodzkiej, co miało mu zapewnić większe bezpieczeństwo w sytuacji nasilających się szykan ze strony nazistów. W lipcu 1941 r. wygłosił kazanie, które było reakcją na profanację krzyża i kapliczki we wsi Wyżki koło Bystrzycy przez młodzież (Hitlerjugend). Zakończył je słowami: „ Kto z serc młodzieży wyrywa wiarę w Chrystusa, jest przestępcą”.

         Za te słowa został 10.08.1941 r. aresztowany przez gestapo w czasie, gdy prowadził lekcje religii dla młodzieży.  Przed Bożym Narodzeniem w 1941 r. został wywieziony do obozu KZ w Dachau, gdzie wykazał się niezłomną wiarą w Bożą Opatrzność modlitwą, ułożoną przez siebie Drogą Krzyżową,  i posługą innym. Zmarł 1.08.1942 r. w obozowym lazarecie z powodu skrajnego wyczerpania i niewydolności krążenia, w wieku niespełna 36 lat, po 10 latach kapłaństwa. Jego prochy przekazane z obozu zostały pochowane na cmentarzu w Kudowie Zdroju Czermnej przy bardzo licznym udziale wiernych z całego Śląska, także z Raciborza.

Ksiądz Gerhard Hirschfelder broniąc wartości chrześcijańskiej powiedział słowa: „ Kto z serc młodzieży wyrywa wiarę w Chrystusa, jest przestępcą”.

Błogosławiony ksiądz Jerzy Popiełuszko broniąc godności i wolności człowieka nauczał: „Zło dobrem zwyciężaj”.

                                                                                                                                                                                                     Dorota Borus kwiecień 2011

 

Geniusz kobiety

Proszę Bogurodzicę, ażeby nie zabrakło w życiu polskim tego, co słusznie nazywa się „geniuszem kobiety” tego co każda z Was, każda kobieta, dzięki obdarowaniu przez Stwórcę i Odkupiciela może i powinna wnosić do wspólnego dobra i do wspólnego dziedzictwa wszystkich Polaków.”

                                                                                                                                      Jan Paweł II

 Specyfika geniuszu kobiety to zdolność do miłowania, to intuicja, to całokształt osobowego wyposażenia kobiety, jakie otrzymuje wraz ze swoją płciowością, to dar od Boga.

Każdy człowiek, który żyje w świecie, zawsze kryje w sobie głęboki głód prawdziwego życia i prawdziwej miłości. Miłości, która jest bezinteresowna i miłości, która odmienia. W zamyśle Boga to właśnie kobieta jest powołana i wezwana, aby przekazywać życie i miłość światu i każdemu człowiekowi. Ogromna jest, rola kobiety w społeczeństwie, w dzisiejszym społeczeństwie, gdzie wszystko budowane jest na równowartościowym świadczeniu i odwzajemnianiu się, gdzie wszystko postawione jest na awans, postęp i zysk – zysk za wszelką cenę, gdzie często nie ma miejsca na autorytet, nie ma miejsca na godność i miejsca na to, co słabe kruche i bezbronne. Bezbronne, bo np. jeszcze nienarodzone, albo już stare i nieużyteczne.

Zatem w społeczeństwie rola kobiety polega na ogromnej walce o miłość, a nie o to, aby stać się nieudanym mężczyzną. To miłowanie, którym ma  odznaczać się kobieta nie powinno wypływać z szukania siebie, z zaspakajania swoich pragnień w sensie jakiś żądz i pożądliwości. Ponieważ miłości nigdy nie można sprzedać, ale zawsze można i trzeba ją ofiarować. Jeżeli kobieta nie niesie w swoim sercu miłości, to traci siebie, gubi sens życia oraz nie wskazuje tego sensu życia innym. Podkreślić należy, że w szczególny sposób kobieta realizuje się poprzez macierzyństwo. Poprzez macierzyństwo realizuje się jej godność i tu uwidacznia się szczególnie jej geniusz. Matka to nie jest tylko ta, która rodzi, ale ta która uczy kochać. Myślimy tutaj nie tylko o macierzyństwie fizycznym ale również o niezmiernie ważnym macierzyństwie duchowym. Ta wrażliwość na człowieka, troska o wartości duchowe jest ogromnie ważna. W tym sensie każda kobieta jest powołana do macierzyństwa. Myślimy tutaj o kobietach niezamężnych konsekrowanych, które swoje powołanie realizują poprzez  bezinteresowny dar siebie, poprzez poświęcenie swojego życia na służbę Bogu i człowiekowi, który potrzebuje opieki, wsparcia czy pomocy.  Zadaniem każdej kobiety jest stała troska o rozwijanie w sobie kobiecości, własnej zdolności, by kochać, by wprowadzać innych ludzi w świat Bożej miłości i prawdy, by uczyć mężczyzn kontaktu z kobietami poprzez miłość i odpowiedzialność. Szczęśliwa i dojrzała kobieta jest największym bogactwem i skarbem tej ziemi. Jest najwspanialszą pomocnicą mężczyzny w budowaniu cywilizacji miłości. Jest wspaniałym wsparciem dla dziecka, które czuje się bezpieczne i szczęśliwe, gdy jest kochane przez mamę dojrzale kochającą samą siebie i cieszącą się własną kobiecością.

 

                                                                                                                                                                                         Przygotowała Danuta H. marzec 2011

 

 

Pielgrzymka parafialna - Licheń - Kalisz - Bierdzany

30.06.2010 - 01.07.2010

 

30 czerwca skoro świt wyruszyliśmy z parafialną pielgrzymką do sanktuarium w Licheniu. Śpieszyliśmy  do cudownego obrazu Matki Boskiej Licheńskiej - Bolesnej Królowej Polski, ale i również by zobaczyć na własne oczy największą świątynię Polski, ósmą w Europie  i dwunastą na świecie. Rozmach z jakim w latach 1994 - 2004 została zbudowana świątynia robi wrażenie, wzniesiona według projektu architekt Barbary Bieleckiej z Gdyni, jest monumentalną pięcionawową bazylikę  na planie łacińskiego krzyża z półkoliście zamkniętym prezbiterium. Elewacje frontową poprzedza imponujący portyk kolumnowy, a nad całością budowli dominuje ogromna złocista kopuła widoczna z odległości kilkunastu kilometrów. Obliczono, iż świątynia może pomieścić 7000 wiernych. Światło wpada do wnętrza przez tyle okien, ile jest dni w roku – 365, a wejść do środka można przez tyle drzwi, ile rok ma tygodni – 52. Do kościoła prowadzą 33 stopnie nawiązujące do lat życia Jezusa Chrystusa na ziemi. Na placu przed bazyliką może gromadzić się ok. 250 tys. wiernych. Świątynia  składa się z części głównej, dzwonnicy, wieży oraz trzech okazałych portyków. Nad portykiem głównym góruje Królowa Archaniołów z Dzieciątkiem, której towarzyszy sześć postaci anielskich. Portyk wschodni poświęcony jest czterem Ewangelistom. Portyk zachodni zdobi okazała Pietà. W dzwonnicy (mierzącej 68 m) umieszczono dzwon  ważący prawie 15 ton. Jest to największy dzwon w Polsce i trzeci pod względem wielkości w Europie. Odlany został w ludwisarni  pod Mediolanem. Nieopodal nowej świątyni zostały umieszczone także inne dzwony: ważący 11,6 ton – „Józef”, ważący 5,6 ton – "Piotr"  oraz ważący 3 tony – "Paweł" będącymi jednymi z największych wykonanych dotąd w Polsce, w ludwisarni Janusza Felczyńskiego   w Przemyślu. W Sanktuarium są także największe w kraju organy. Mają one 157 głosów i ok. 20 tys. piszczałek. Instrument, pod względem wielkości jest trzeci w Europie i trzynasty na świecie.

Słynący z cudów wizerunek Matki Bożej Licheńskiej znajduje się w głównym ołtarzu bazyliki mniejszej w Licheniu. Pochodzi z drugiej połowy XVIII w. Nieznany malarz na cienkiej, modrzewiowej desce przedstawił pełną smutku Najświętszą Maryję Pannę, spoglądającą na rozpostartego na Jej piersiach orła białego w koronie. Obraz przeznaczony był najpierw do prywatnych modlitw, szybko stał się jednak obiektem kultu. Decyzją Episkopatu Polski został koronowany 15 sierpnia 1967 r. Natomiast konsekracja bazyliki miała miejsce 12 czerwca 2004, jako Wotum Kościoła Katolickiego na Wielki Jubileusz Narodzenia Chrystusa

Zgodnie z zamysłem architektonicznym bazylika przypomina falujący złoty łan zboża. Przejawia się to w dekoracji roślinnej placu przed świątynią oraz w architekturze samej świątyni. Zauważalne jest to m.in. w oknach wypełnionych szkłem o odcieniu złotawo-bursztynowym, ze ślusarką anodowanego aluminium w formie kłosów oraz kolumnach w portykach i we wnętrzu świątyni. Inicjatorem budowy był ks. Eugeniusz Makulski.  Powstanie świątyni zostało sfinansowane z datków pielgrzymów.

Nasze pielgrzymowanie rozpoczęliśmy od Lasku Grąblińskiego, który rozpoczyna szlak prowadzący do Sanktuarium w Licheniu gdzie odprawiliśmy drogę krzyżową  Tutaj,     w pierwszej połowie XIX w. żołnierz napoleoński - Tomasz Kłossowski zawiesił na sośnie wizerunek Maryi. Kilka lat później w tym samym miejscu pasterzowi Mikołajowi Sikatce ukazała się Matka Boża, Bolesna Królowa Polski. Nawoływała do nawrócenia i modlitwy. Przepowiedziała też czasy zarazy. Przed Jej oblicze w 1852 r. podczas epidemii cholery, przybywali wierni po nadzieję i ratunek. Wielu doznało tu uzdrowień. Wszystko to sprawiło, że maleńki obrazek Matki Bożej uznano za cudowny.

 Na terenie Sanktuarium odwiedziliśmy  dwa kościoły, kościół p.w. św. Doroty,  w którym do 02 lipca 2006 roku znajdował się cudowny obraz MB Licheńskiej i kościół M. B. Częstochowskiej.  Niezapomniane wrażenie pozostawiła na nas Licheńska Golgota, czyli sztucznie usypana kamienna góra wznosząca się na wysokość 25 metrów, mająca labirynt przejść, grot, kapliczek, figur i rzeźb. Nad całością góruje krzyż oraz postacie Matki Bożej i św. Jana.
Niedaleko za kościołem św. Doroty znajduje się Cudowne Źródełko.
Kaplice Cudownego Źródełka znajdują się blisko siebie. W jednej jest studnia z odkrytą przez ks. Makulskiego wodą, przy drugiej są krany do nabierania wody .

Sanktuarium prowadzone  jest przez księży marianów, przybyłych do tutejszej parafii w 1949

Dzień pełen wrażeń i duchowych przeżyć poprzez uczestnictwo we mszy świętej odprawianej w koncelebrze  przez naszego księdza proboszcza zakończyliśmy obecnością na apelu jasnogórskim. Drugiego dnia naszej pielgrzymki po śniadaniu i porannej mszy świętej pożegnawszy Matkę Boską Licheńską pojechaliśmy do Kalisza -do sanktuarium św. Józefa gdzie kult św. Józefa trwa nieprzerwanie od XVII wieku.

Według tradycji początki Sanktuarium Świętego Józefa w Kaliszu sięgają 1670 roku. Wtedy, bowiem został uzdrowiony za przyczyną Świętego Józefa mieszkaniec wsi Szulec, który jako wotum ufundował obraz Świętej Rodziny i umieścił go w Kaliskiej Kolegiacie w podarowanym przez siebie ołtarzu.

Intensywny rozwój kultu Świętego Józefa przypadł na drugą połowę XVII i na cały XVIII wiek zwany w polskiej józefologii "złotym".

W czasach rozbiorów i w okresie międzywojennym kult nieco osłabł, choć i w tym czasie ożywiły go uroczyste obchody 100 - lecia koronacji obrazu w 1896 roku i 50-lecia patronatu Świętego Józefa nad Diecezją Włocławską w 1930 roku.

Do szczególnego rozwinięcia i znaczenia kultu Świętego Józefa Kaliskiego po II wojnie światowej przyczyniły się w zasadzie trzy wydarzenia: cudowne wyzwolenie księży - więźniów z obozu w Dachau (29 kwietnia 1945 roku), utworzenie w Kaliszu Polskiego Studium Józefologicznego (24 września 1969 roku) oraz wizyta Papieża Jana Pawła II w Kaliskim Sanktuarium 4 czerwca 1997 roku).

W Kaliszu Jan Paweł II, jako Biskup Rzymu, zawierzył Świętemu Józefowi wszystkie polskie rodziny oraz sprawę ochrony życia nienarodzonych zarówno w Polsce jak i na świecie.

Wracając pełni pogody ducha i otwarci  na piękno naszej ziemi odwiedziliśmy drewniany kościółek w Bierdzanach– jest to zabytkowa świątynia  pod wezwaniem św. Jadwigi.

Kościół powstał w 1711 (datę wyryto na jednym z kamieni podmurówki) na miejscu starszego pod wezwaniem św. Walentego, wzmiankowanego już w 1410.

Obiekt został wzniesiony w stylu barokowym; jest konstrukcji zrębowej, natomiast wieża o konstrukcji słupowej, nakryta baniastym hełmem. Nad skrzyżowaniem nawy bocznej i głównej umieszczono sześcioboczną wieżyczkę.

W kościele zachowały się zabytkowe drzwi ze starymi okuciami oraz dwa dzwony, prawdopodobnie z poprzedniego kościoła z 1503 i 1521.

W barokowym ołtarzu głównym mieści obraz świętej Jadwigi. Na ścianach kościoła wiszą stacje Drogi Krzyżowej z przełomu XVIII i XIX wieku, wykonane w stylu ludowym, a umieszczone w rokokowych ramach.

W 1961 w czasie renowacji odkryto i odsłonięto polichromie o tematyce biblijnej z okresu powstania kościoła. O historii kościoła i Bierdzkiej Śmierci opowiedział nam tamtejszy proboszcz ksiądz Gerard Wilk.

Opowieści o Bierdzkiej Śmierci krążyły od pokoleń. W malutkich Bierdzanach to określenie wypowiadane było z nabożnym lękiem, choć nikt nie wiedział, jak dokładnie ta Bierdzka Śmierć wygląda. W latach 60 ubiegłego wieku nowy proboszcz, stojąc przed plebanią, usłyszał, jak starsza kobieta mówi do wnuczka: „Takiś chudy, jak bierdzka śmierć”. Zdziwiony zaczął rozpytywać, skąd wzięło się to dziwne powiedzenie. Okazało się, że choć było powszechnie znane, nikt z mieszkańców wsi nie zastanawiał się nad jego znaczeniem. Kiedy parafię objął ksiądz Marian Żagań, postanowił odnowić drewniany kościółek w Bierdzanach. Świątynia z XVIII w. była w kiepskim stanie, ze ścian odpadała stara farba, w deskach żyły kolonie korników. Należało najpierw pozbyć się szkodników, cofnąć ołtarz i postawić podmurówkę. Sprowadzony z Bytomia rzeźbiarz miał postawić nową ambonę w miejsce starej, która groziła zawaleniem. Proboszcz poprosił artystę, aby przy okazji pokrył nowymi deskami ściany, zamalowane zgniłozieloną, łuszczącą się farbą. Rzeźbiarz zaczął zdrapywać upiorną powłokę, aż ukazało się pod nią łypiące na odkrywcę oko. Potem pojawiła się twarz i włosy. Wkrótce Bierdzany stały się sławne. Okazało się, że wnętrze świątyni pokrywają stare freski. Przedstawiały sceny ze Starego i Nowego Testamentu. Pozostała już tylko jedna, pokryta farbą ściana.
Pewnego dnia proboszcz wszedł do kościoła i zobaczył snop słonecznego światła. Padał przez małe okienko dokładnie na pokryte jeszcze farbą miejsce. Ksiądz uznał to za znak. Nie zastanawiając się, chwycił żyletkę i zaczął zeskrobywać powłokę. Po kilku godzinach mrówczej pracy spod brudnej skorupy wyłonił się kształt ludzkiej piszczeli, a następnie pozostałe fragmenty szkieletu. Na końcu czaszka. Proboszcz zobaczył śmierć. Stała w kościanym garniturze, otulał ją czerwony zwiewny szal. Tak właśnie odkryta została Bierdzka Śmierć. Teraz już wiadomo, jak wygląda delikwent, któremu ktoś wytyka: wyglądasz jak Bierdzka Śmierć.

Z Maryjną pieśnią na ustach, wzbogaceni duchowo naładowani Boską energią  wróciliśmy  do naszych Ocic.

                                                                                                                                                                                                           Danuta H. lipiec 2010

 

 

Sługa Boży - Ojciec Jezuita Johannes Leppich.

 

W roku kapłańskim , pośród duchownych warto przypomnieć tych , którzy swoją działalnością promieniowali daleko poza granice swoich parafii.

Z tego punktu widzenia, do znakomitych postaci XX wieku naszej Ziemi Raciborskiej, należeli budowniczy naszej świątyni ksiądz prałat Carl Ulitzka i ojciec jezuita Johannes Leppich, którego brat przez parę lat był nauczycielem w naszej ocickiej szkole, po jej uruchomieniu w 1938 roku.

Johannes Paul Leppich, ur. 16. kwietnia 1915 roku w Raciborzu, znany jest jako „niekonwencjonalny” kaznodzieja, który począwszy od 1948 roku zmagał się

z zagrożeniami na jakie narażone były społeczeństwa Europy Zachodniej w okresie powojennym – komunizmem, rewolucją seksualną i praktycznym materializmem. Głosił swoje kazania i przemówienia o tematyce religijnej na ulicach, placach, a także w różnych miejscach poza świątyniami, jak stadiony i wielkie hale targowe. Przez ponad 20 lat wysłuchało go w ten sposób wiele milionów osób w zorganizowanym zachodnim społeczeństwie szybkiego powojennego dobrobytu. Ze względu na charakter swych kazań – a używał wiele niekonwencjonalnych określeń i porównań przemawiając głęboko do ludzkich sumień – otrzymał przydomek „Boży karabin maszynowy”, czy „Boży młot”.

Był mistrzem słowa. Mówiono iż nikt nie umiał tak jak on „podawać stare wino w nowych naczyniach”, czyli przekazać wiernym, ale przede wszystkim ludziom „z poza i na krawędzi kościoła” chrześcijańskie fundamentalne wartości moralne.

Ojciec Leppich był również inicjatorem międzynarodowego projektu „action 365” – modlitewnych kręgów pomocy potrzebującym – oraz autorem licznych książek, zawierających jego kazania, przemówienia i felietony, reportaże z podróży oraz wspomnienia.

Na 15. kwietnia 2010 r., w przeddzień 95 rocznicy jego urodzin, zaplanowano spotkanie poświęcone pamięci Ojca Johannesa Leppicha, Jezuity, porywającego kaznodziei z Raciborza. Miejsce – salka katechetyczna Parafii Najświętszego Serca Jezusowego – nie jest dobrane przypadkowo. W tym kościele mianowicie Ojciec Leppich odprawił swoje prymicje w dniu 2.12.1942r.

Zmarł w  Monastyrze 7 grudnia 1992r.

Ojciec jezuita Johannes Leppich na krótko przedtem w 1990  roku odwiedził swe strony rodzinne. Tym, co go wówczas słuchali podczas kazania wygłoszonego w Kościele Św. Krzyża w Studziennej, jeszcze dziś brzmią  w uszach jego prorocze słowa – „Poczekajcie  co  stanie się z waszą wiarą, jak  zapełnią się wam lodówki !”……

Na Śląskiej Ziemi, po Ojcu Leppichu, oprócz wspomnianego bogatego dorobku piśmienniczego, pozostało w naszym mieście  wspomnienie w  w postaci oficjalnej nazwy alejki obok kościoła Matki Bożej, jako „Aleja Ojca Leppicha” oraz trzy kółka biblijne w ramach „action 395” – w Raciborzu, Rudach i Gliwicach.

 

                                                                                                                                                  Josef Gonschior maj 2010

 

                                                                

Ojciec Johannes Leppich – „karabin maszynowy” Pana Boga

 

Jeżeli się zastanowić nad najbardziej znanymi w świecie Raciborzaninami to dochodzimy do tego iż bezsprzecznie w XIX wieku był nim urodzony w Łubowicach poeta Joseph von Eichendorff, a w XX wieku dwaj księża – w pierwszej połowie ksiądz prałat Carl Ulitzka, a w drugiej ojciec jezuita Johannes Leppich.

Kim był ten wielki kaznodzieja, którego kazania w przeciągu lat docierały bezpośrednio do 25 milionów ludzi ?

 Urodził się  95 lat temu 16. kwietnia 1915 roku, w budynku mieszkalnym należącym do raciborskiego więzienia. Jego ojciec był tam dozorcą.

Nazwa prowadzącej tam ulicy, 10 lat wcześniej (ok. 1906 – 1908), została przemianowana z ulicy „więziennej” na ulicę „Eichendorffa”. Od 1991 roku ta ulica znowu nazywa się „ulicą Eichendorffa”

Ojciec księdza Leppicha był zatem dozorcą więziennym, a sam Johannes był normalnym chłopcem tych czasów – grywał w piłkę, a zimą jeździł na łyżwach. Przed paru laty zmarła dopiero kobieta, która jako dziecko pasała z nim kozy na łąkach koło więzienia (dzisiaj ogródki działkowe).

Jego prawdziwą pasją była jednak muzyka. Kiedyś dowcipny dziennikarz zapytał ojca jezuitę o jego pierwszą miłość. „Była taka” odpowiedział ksiądz Leppich – „flet – piszczałka”. Swój pierwszy występ z tym instrumentem miał w pastorałkach jako chłopak 11 letni, na placu więziennym przed 500 więźniami. Po drugiej wojnie  grał nawet na flecie w Radiu BBC. Porównywano go z Fryderykiem Wielkim również flecistą o podobnej  ascetycznej posturze.

Johannes Leppich należy również do pierwszych księży, którzy do nabożeństw dla dzieci wprowadzali grę na instrumentach muzycznych. Swojemu „więziennemu pochodzeniu” pozostał wierny. Mówił o sobie, iż nie ma adwokata, który oglądałby tak jak on, tyle murów więziennych od wewnątrz.

Zachowały się fotografie z jego ojcem, siostrami Gertrudą, Gretą i Szarlotą. Jego brat był nauczycielem gimnastyki w oddanej do użytku w 1938 szkole podstawowej w Raciborzu-Ocicach. Długo w Raciborzu pamiętano jego przezwisko „Leppich zieh” (czyli Leppich „ciągnij,  biegnij. Brat jego był długodystansowcem. 

Czy niewiasta na zdjęciu z jego prymicji, to jego matka, nie da się jednoznacznie ustalić, można jednak tak przypuszczać ze względu na podobieństwo. Nie jest prawdą , iż ojciec Leppich był kolegą szkolnym dr Herberta Hupki.  Dr. Hupka uczęszczał i ukończył Królewskie Humanistyczne Gimnazjum (budynek obecnego „Ekonomika” koło muzeum). Ksiądz Leppich natomiast uczęszczał do „Realgymnasium”

(niegdyś bardziej nastawione na nauki ścisłe) przed mostem zamkowym, a może pod koniec również do pięknego neogotyckiego budynku przy dzisiejszej ulicy Kasprowicza mieszczącego teraz  gimnazjum dwujęzyczne im. Eichendorffa. W tym ostatnim wspomnianym budynku obradował przez ok. 11 lat, w okresie 1923 – 1934  z udziałem prałata Carla Ulitzki sejmik pruskiej prowincji górnośląskiej a Racibórz tym samym był wówczas stolicą  jego władz ustawodawczych.

Mając lat 20 Johannes Leppich wstąpił do zakonu Jezuitów. Studiował początkowo we Wrocławiu, później w Monachium i w Wiedniu, gdzie w roku 1942 przyjął święcenia kapłańskie. Swoją mszę prymicyjną odprawił w tutejszym kościele Serca Jezusowego dnia 2.12.1942 roku. W latach 1943 – 1945 był opiekunem duchowym młodzieży w Gliwicach i we Wrocławiu, a najstarsi członkowie dzisiejszego kółka biblijnego z Gliwic pamiętają jeszcze ojca Leppicha z tego okresu. W roku 1945 otrzymał swój chrzest bojowy u Czerwonoarmistów. Ewakuował dzieci z Wrocławia na zachód Rzeszy. Pełnił również funkcję ojca duchownego w obozie  dla kobiet założonego przez Sowietów. W roku 1946 został powołany na pierwszego ojca duchowego obozu przejściowego we Frydlandzie koło Getyngi. Wówczas założył już Chrześcijański Związek Młodzieży Robotniczej. Swoją misję jako kaznodzieja ulic rozpoczął w roku 1948 „masówką” pod namiotem Cyrku Büglera, później przemawiał na placach i terenach targowych.

 

Kilka lat przed jego śmiercią pisał w roku 1989 jeden z najpoczytniejszych dzienników niemieckich „Die Welt” o ojcu Leppichu jako o „najgwałtowniejszym w słowie i najpopularniejszym kaznodzieju naszych czasów, który rozumiał podawać stare wino (pod tym rozumie się chrześcijańskie wartości moralne) w nowych naczyniach”. Przemawiał z mikrofonem w ręku na placach i ulicach, w dzielnicach rozpusty dużych miast, na szybko zmontowanych platformach ze skrzynek po owocach. Jak przemawiał już w jakimś kościele wówczas wołał –„  ja tu nie mówię do Was którzy siedzicie w pierwszych ławkach, ale do tych co chowają się pod chórem albo stoją przed kościołem”. Ponieważ żył w zagrożonych komunizmem, rewolucją seksualną i praktycznym materializmem powojennych Niemczech, walczył o „rozżarzone  chrześcijaństwo”. Stan wiary określał jako „katolicyzm rodzynkowy”, „katolicyzm na małym oszczędnościowym płomyku”. Nieukształtowanych we wierze określił jako „religijnych padalców”, „chrześcijańskich fałszerzy metek”, „lemoniadowych chrześcijan” i „katolików jutrzniowych”. Ponieważ nie praktykowano wówczas jeszcze powszechnie ekumenizmu nazywał niektórych katolików „podwodnymi protestantami”. Tego typu kazuistyka, dzisiaj prawie zupełnie znikła z praktyki, wówczas jednak przyciągała miliony ludzi i sprezentowała mu przydomek „karabin maszynowy Pana Boga, lub młot Pana Boga”. Wprowadzał już wówczas, dziś powszechnie znane metody informacji. Przez miasto jechały samochody, które przez mikrofony zapraszały ludzi na spotkania. Rozumiał jak młodzież włączać do agitacji. Profesor uniwersytetu z Dortmundu opowiadał mi z jaką pasją jako mały chłopak roznosił przez cały dzień ulotki informacyjne  na spotkanie z Ojcem Leppichem – dzisiaj w Niemczech nie do pomyślenia.

Często Ojciec Leppich zadzierał ze zwierzchnikami państwowymi i kościelnymi, krytykował również kanclerza Republiki Federalnej Konrada Adenauera. Natomiast bardzo cenił papieża Jana XXIII za jego zaangażowanie w sprawy socjalne. Jednocześnie przeszkadzały mu niektóre zachowania Papieża Jana Pawła II, szczególnie jego emocjonalne nastawienie do kultu Matki Bożej. Dlatego mawiano w jego jezuickim zakonie –„ dobrze iż mamy Ojca Leppicha, ale dobrze też że mamy tylko jednego”.

Ojciec Leppich napisał kilka książek, które zostały przetłumaczone na języki – angielski, francuski, włoski i holenderski. Tak na przykład książka „Chrystus w dzielnicy Hamburga – Reeperbahn” doczekała się siedmiu wydań o łącznym nakładzie ok. 500 tysięcy egzemplarzy.

 Często występował w telewizji gdzie bronił katolickich zasad w najtrudniejszych zakresach życia społecznego, jak w problemach homoseksualizmu, celibatu, przerywania ciąży, eutanazji. Był przy tym zdolnym strategiem. Starał się zawsze zabierać głos na końcu i miał przy tym takie powiedzonko – „kto klei ostatni, klei najtrwalej” (przenośnia do wieszania plakatów na słupach ogłoszeniowych).

 Przede wszystkim był pełen idei, które z miejsca z dobrymi wynikami wprowadzał w życie. Do najważniejszych należały:

- audycja radiowa „słowo na niedzielę”

- dyskusje telewizyjne

- MISEREROR

- duszpasterstwo w cyrku,

- opieka nad więźniami

- duszpasterstwo przez telefon

- tablice informacyjne o nabożeństwach,

- plakietki samochodowe SOS,

- przychodnie dla trędowatych,

- biblie w hotelach

- mini biblie,

- Action 365 international,

 Jako szczególnie ważny zakres działalności Ojca Leppicha dla życia w społeczności należy uznać jego wkład przy  stworzeniu w roku 1955 kółek biblijnych „Action 365”. Była to odpowiedź na krytykę katolików ze strony protestantów, iż w kościele katolickim „biblia jest uwięziona na łańcuchu”, to znaczy interpretacja biblii jest centralistycznie narzucona.

Na to Ojciec Leppich zaproponował zastosowanie „złotego środka”, przy którym on wprawdzie dobierał teksty biblijne dla swych kółek i nieco je interpretował, ale nakazywał ludziom świeckim w małych grupach nad nimi dyskutować.

Powstały po kolei w 20 krajach świata około 2000 kółek biblijnych z ok. 20 tyś. uczestnikami. Zadania tych kółek zostały sformułowane następująco:

- wspólnota w wierze,

- wspólnota w działaniu,

- wspólnota w modlitwie,

- wspólnota rodzinna,

- ekumenizm,

- chrześcijańska działalność społeczna,

- posługi socjalne i duszpasterskie,

- partnerstwo z „trzecim światem”,

- współpraca ze wszystkimi ludźmi dobrej woli

- odbudowa Wschodu,

- budowa chrześcijańskich komórek społecznych

 Ojciec Leppich odwiedził swe strony rodzinne w lipcu 1990 roku. W następstwie tej bytności utworzyły się u nas trzy kółka biblijne „Action 365”– w Raciborzu, Gliwicach i w Rudach . Każde kółko organizuje spotkania raz w miesiącu na które przychodzi ok. 10 osób. Do tego dochodzi jeszcze jedno ważne dodatkowe zadanie. Mianowicie uczestnicy tych kółek wspierają w swoich parafiach przeprowadzanie nabożeństw w języku niemieckim. Raciborzanie już od kilku lat organizują niemieckojęzyczne „Drogi Krzyżowe” w okresie postu, nabożeństwa majowe i nabożeństwa różańcowe w październiku. Uczestnicy wszystkich trzech kółek spotykają się parę razy w roku podczas pielgrzymek – mniejszości narodowych na Górze św. Anny i- narodów w Zlatych Horach, oraz podczas rekolekcji w Pławniowicach w dawnym zamku przemysłowców von Ballestrem.

 Osobiście miałem to szczęście poznać Ojca Leppicha, tu w Raciborzu jak i na spotkaniach Raciborzan w Leverkusen w Niemczech. Z jednego przeżycia jestem szczególnie dumny. Mianowicie podczas jednej z  rozmów z Ojcem Lepichem udało mi się na chwilę uciszyć  „ karabin maszynowy”. Ojciec Leppich nie popierał zawłaszczenia przez wielu polskich katolików Matki Bożej jako „Regina Polonorum”. Zapytałem się Ojca Leppicha skąd u niego ta pewność iż Matka Boża tego nie akceptuje ? Na to nie otrzymałem odpowiedzi.

 Ojciec Leppich zmarł w Monastyrze dnia 12. grudnia 1992r.

 Na wniosek radnych miejskich mniejszości niemieckiej, miasto  Racibórz uczciło swojego wielkiego i znanego rodaka, nadając alejce obok kościoła Matki Bożej nazwę „Aleja Ojca Leppicha”

Jeśli by się pokusić podsumować życie i dzieło Ojca Jezuity Johannesa Leppicha, myślę że on sam w dedykacji  do jednej ze swoich książek tak je  sformułował;

  „Ta książka nie  należy do 99 sprawiedliwych.

 Ona należy się setkom z moich braci.

  Szukającym i strapionym.

   Błądzącym i znienawidzonym…”

                                                                                                                                                        

Wykład dr Josefa Gonschiora: „Postać O.Johanna  Leppich”   

 

Polemika z artykułem w Gazetce Parafialnej z kwietnia 2010 r. na temat negatywnej opinii w sprawie przyjmowania komunii „na rękę”.

 

    Komunia na rękę nie jest jakąś nowinką "postępowców". W pierwszych wiekach tak właśnie przyjmowano Komunię. Znana jest piękna katecheza Cyryla Jerozolimskiego (IV wiek) o Eucharystii, której fragment mówi właśnie o Komunii na rękę: "Przystępując do ołtarza, nie wyciągaj gładko ręki i nie rozłączaj palców. Podstaw lewą dłoń pod prawą niby tron, gdyż masz przyjąć króla. Do wklęsłej ręki przyjmij Ciało Chrystusa i powiedz "Amen"". W późniejszych wiekach - z różnych powodów - coraz bardziej utrwalała się praktyka udzielania Komunii do ust. Po Soborze Watykańskim II rozpoczął się proces po wracania do starożytnej praktyki udzielania Komunii na rękę.

     W Polsce praktyka ta pojawiła się stosunkowo niedawno. W 2005 r. Ksiądz Prymas Józef Glemp zezwolił na udzielanie Komunii św. na rękę w archidiecezji warszawskiej. Decyzja ta była w duchu zatwierdzonych przez Stolicę Apostolską dokumentów II Soboru Plenarnego w Polsce. Była ponadto zgodna z instrukcją watykańską "Redemptionis Sacramentum" z 2004 r., w której czytamy m.in.: "Chociaż każdy wierny zawsze ma prawo według swego uznania przyjąć Komunię św. do ust, jeśli ktoś chce ją przyjąć na rękę, w regionach, gdzie Konferencja Biskupów, za zgodą Stolicy Apostolskiej, na to zezwala, należy mu podać konsekrowaną Hostię".

     Kilka miesięcy później biskupi na 331. Zebraniu Plenarnym Konferencji Episkopatu Polski stwierdzili, że "w Polsce Komunii św. udziela się przez podanie Hostii wprost do ust. Jeżeli jednak ktoś poprosi, gestem wyciągniętej dłoni, o Komunię św. na rękę, należy mu Jej w taki sposób udzielić". Biskupi wyrazili przy tym nadzieję, że powyższa decyzja kończy niejasny stan prawny w tej sprawie. Stan prawny rzeczywiście się wyjaśnił, ale problem pozostaje, gdyż są osoby świeckie i duchowne, które w tej sprawie prezentują swoje własne stanowisko. 

(Na podstawie tekstu Dariusza Kowalczyka SJ w „Tygodniku Idziemy” z dnia 30.09.2009 ).

 Słowo komentarza do komunii „na rękę”.

Dłonie wyciągnięte przypominają  posiłki Jezusa z grzesznikami; czuję się  grzesznikiem zasiadającym za stołem, przy którym siedzi także i On. Staje się to szczególnie wymowne w Dzień Pański — niedzielę;

Dłonie stanowią wyrazisty symbol człowieka i jego odrębności w świecie. Wyciągam ręce, to znaczy potrzebuję Jezusa, daję temu wyraz, uznaję swoją małość, otwieram dla Niego swoje dłonie, całego siebie, by Go przyjąć, jak serdecznie i z wyciągniętymi dłońmi przyjmuje się przyjaciela.

Komunia udzielana na rękę przypomina, że chrześcijanin jest człowiekiem wyciągniętych, podających i przygarniających dłoni; człowiekiem ukonkretniającym Boże wezwanie —nowe przykazanie o miłości. Komunia staje się komunią z wszystkimi ludźmi świata.

 

(Na podstawie książki Bogdana Nadolskiego TChr, Komunia święta „na rękę”, wydawnictwo Opoka).

 

                                                                                                Wyboru dokonał: Feliks Monasterski maj 2010

 

O KOMUNII ŚWIĘTEJ - POLEMIKA

Zainteresowany felietonem z kwietniowego wydania gazetki parafialnej dotyczącego przyjmowaniu Komunii Świętej w postawie stojącej postanowiłem sprawdzić, co mówią o tym oficjalne dokumenty Kościoła, bo szczerze mówiąc ani się nad tym dotychczas nie zastanawiałem, ani nie wiedziałem jaka jest nauka Kościoła w tej kwestii.

Ogólne Wprowadzenie do Mszału Rzymskiego (dokument Kongregacji ds. Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z 2002 wydany w Rzymie) przyznaje poszczególnym Konferencjom Episkopatu prawo określenia m.in. gestów i postaw ciała wiernych oraz sposób przyjmowania Komunii świętej (po zaakceptowaniu przez stolicę Apostolską). Przewidziane są dwie postawy: klęcząca lub stojąca, zalecając w przypadku tej drugiej „wykonanie należnego gestu czci”. (pkt 160).

Odnosząc się do tego Episkopat Polski na 331. Zebraniu Plenarnym Konferencji 9 marca 2005 r. przyjął Wskazania do powyższego Wprowadzenia, dopuszczając obie postawy, z zastrzeżeniem postawy stojącej, gdy Komunii udziela się pod obiema postaciami. Jako „gest czci” zalecany we Wprowadzeniu ustalono wykonanie wcześniej skłonu ciała lub przyklęknięcie na jedno kolano (pkt 38). Dopuszczone zostało także udzielenie Komunii świętej na wyciągnięte dłonie (pkt 40). Tak więc w kwestii formalnej wierni przystępujący w ten sposób do Komunii w żaden sposób nie sprzeciwiają się Matce – Kościołowi.

Można by na tym zakończyć: Roma locuta, causa finita est.

ARGUMENTY OBROŃCÓW POSTAWY KLĘCZĄCEJ…

 … I STRONY PRZECIWNEJ

Przy okazji szukania materiałów źródłowych natknąłem się na argumentacje stron sporu, które postanowiłem przytoczyć poniżej.

Bł. matka Teresa z Kalkuty wyraziła swoją dezaprobatę wobec postawy stojącej i widziała w niej duże zagrożenie dla życia duchowego. Także demon ze słynnego przypadku opętania Anneliese Michel podczas egzorcyzmu wyraża swoje zadowolenie z podawania Komunii na rękę. Przyjmowanie Komunii świętej na rękę stwarza jakoby większe możliwości sprofanowania Najświętszego Sakramentu. Podaje się także przykład Holandii, która pierwsza wprowadziła tę praktykę wbrew ówcześnie obowiązującym przepisom oraz, zakładając prostą zależność, obecny stan Kościoła w tym kraju jako skutek.

Zarówno Jan Paweł II jak i Benedykt XIV komunikują zachowując tradycyjną formę klęcząca; a niektóre wypowiedzi odczytywane są jak wyraz Ich dezaprobaty wobec przyjmowania Komunii na stojąco.

<<Cytowane wypowiedzi są wyrwane z kontekstu i „naginane”; spotkać można przypisywanie im treści, których nie zawierają, a nawet „dopisywanie” do listów apostolskich słów, których w rzeczywistości tam nie ma. Papieże we wszystkich takich wypowiedziach wypowiadają się albo przeciwko nadużyciom, albo przeciwko całkowitemu wyrugowaniu postawy klęczącej, nigdy przeciwko dopuszczalności postawy stojącej.>>

Prawdą jest, że człowiek, jako psychosomatyczna całość, wyraża postawą ciała swoje wewnętrzne nastawienie, ale także poprzez przyjmowanie konkretnej postawy zewnętrznej wpływa na swoje wnętrze i osiągany wewnątrz stan skupienia czy rozproszenia.

<<Zakładanie, że samo przyjęcie postawy klęczącej zapewni godne przyjmowanie sakramentu jest myśleniem życzeniowym. Język nie jest bardziej „godny” od ręki. Godny albo niegodny jest cały człowiek. "(…) ciało, jako stworzone przez Boga i przeznaczone do wskrzeszenia w dniu ostatnim, powinien uważać za dobre i godne szacunku" (KDK 14).>>

Postawa klęcząca akcentuje adorowanie Boskości Jezusa wyraża wiarę w rzeczywistą obecność i mówi, że przed Panem wszyscy jesteśmy mali.

<<Wyróżniamy trzy postawy modlitewne: stojącą, siedzącą i klęczącą (dodatkowo leżenie krzyżem). Procesyjne podchodzenie do Komunii jest interpretowane jako znak posilającego się ludu Bożego pielgrzymującego do domu Ojca, a postawa stojąca jest wyrazem synowskiej wolności danej przez paschalnego Chrystusa, który podźwignął nas z niewoli grzechu. Nie należy zapominać o żadnym z tych znaczeń!>>

ASPEKT HISTORYCZNY

W historii Kościoła istniała duża różnorodność postaw podczas przyjmowania Komunii oraz postaci pod jakimi była przyjmowana.

W starożytności i średniowieczu mamy świadectwa następujących praktyk:

Komunia na rękę: Tertulian (III w); św. Cyryl Jerozolimski (+ ok. 387); korespondencji bpa Aleksandrii, Dionizego, z papieżem Sykstusem II (+ 258); św. Jan Damasceński (VIII w); synod w Konstantynopolu (VII w);

Komunia na stojąco oraz pod dwoma postaciami: św. Cyryl Jerozolimski;

 - zabieranie Komunii z niedzielnej eucharystii do domów w celu przyjmowania w tygodniu: bp Dorotheus z Tesalonik (IV w.); lub zabieranie w dalekie podróże (podróż morska): św. Ambroży (IV w).

Formy komunii zmieniały się nie tylko w czasie, ale i zależnie od regionu. Kościół Wschodni zachował zwyczaj przyjmowania pod dwiema postaciami (i na stojąco); za to nieznana jest tam praktyka adoracji Eucharystii.

Zanik przyjmowania komunii na rękę był spowodowany:

·        wprowadzeniem w IX w. zwyczaju wypiekania hostii w formie białych opłatków w miejsce dotąd przynoszonego przez wiernych chleba. Z kolei Komunia do ust ze względów praktycznych wymuszała również jej przyjmowanie na klęcząco. Jednak jeszcze w XVI wieku stosowano oba sposoby;

wchodzeniem do wspólnoty kościelnej nawracanych narodów, (ludy frankońskie i germańskie), dla których język liturgii był coraz mniej zrozumiały, co wpłynęło na obniżenie poziomu życia religijnego i moralnego wiernych, Zaczęto stawiać coraz ostrzejsze warunki związane z przyjmowaniem Komunii św. i zabieraniem jej chorym do domów prywatnych;

 ·        reakcja na herezje, które kwestionowały boskość Jezusa bądź Jego rzeczywistą obecność pod postaciami Eucharystycznymi, rozwój pobożności eucharystycznej, polegającej przede wszystkim na adoracji (czego skutkiem była praktyka tzw. komunii duchowej zamiast rzeczywiste przyjmowanie Komunii).

Zakładając, że soborowa odnowa pogłębiła świadomość kapłańskiego charakteru całego Ludu Bożego, który na mocy chrztu ma prawo i obowiązek czynnego udziału w liturgii, reforma liturgii umożliwiła powrót do starożytnych chrześcijańskich zwyczajów.

PRÓBA POGODZENIA

Słuszna wydaje się obawa, że powszechność przyjmowania wyłącznie postawy stojącej może skutkować całkowitym zapomnieniem tradycyjnej postawy klęczącej, wartościowej i wyrażającej głębokie treści. Już wcześniej stało się tak z tradycją chorału gregoriańskiego czy łaciny. w liturgii Wprowadzenie języków narodowych także napotkało na opór, przyniosło jednak w wielu wymiarach dobre owoce (zwiększenie zaangażowania wiernych, pogłębienie świadomości), jednocześnie zagubiono gdzieś piękny znak powszechności Kościoła, który modlił się jednym językiem na całym świecie. Nie należy odrzucać tych wartościowych tradycyjnych form. Zgodnie z nauką Jezusa mądrość polega na sięganiu do skarbca po rzeczy stare i nowe (Mt 13,52).

Wskazania Episkopatu nie pozwalają kapłanowi nie udzielić Komunii świętej wiernemu, który pragnie przyjąć ją w postawie klęczącej.

Postawa zewnętrzna, chociaż bardzo istotna, nie wydaje się jednak być fundamentalna dla zachowania czystości wiary, o czym świadczy historia Kościoła czy różne formy Komunii w Kościołach Wschodnich, których wiara eucharystyczna jest całkowicie zgodna z Katolicką: „Kościoły prawosławne zachowały autentyczną i pełną naturę tajemnicy Eucharystii.” ("Sacramentum Caritatis" 12)

W całej dyskusji o wyższości jednej postawy nad drugą i przypisywaniu postawie stojącej demonicznej inspiracji prawdziwego diabelskiego działania dopatruję się właśnie w tym braku jedności. Działaniu złego przypisuję wprowadzanie zamętu wśród wiernych oraz próbę przeciwstawienia wiernych hierarchom i rozbicia w łonie Kościoła.

Na koniec słowa rzekomego przeciwnika Komunii na rękę, kard. Josepha Ratzingera, obecnego papieża: "Naprzód trzeba powiedzieć, że obydwa sposoby są dopuszczalne. (…) Piękno i wielkość Kościoła polega na tym, że rośnie, dojrzewa i Tajemnicę pojmuje coraz to głębiej. W tym sensie nowe formy powstające po IX wieku [postawa klęcząca] mają jako wyraz czci dla Najświętszego Sakramentu swoje pełne uzasadnienie. Z drugiej strony musimy jednak powiedzieć, że jest rzeczą niemożliwą, aby Kościół do IX wieku, więc przez 900 lat przyjmował Eucharystię niegodnie. (...) Wyciągnięta i otwarta ręka staje się znakiem postawy człowieka wobec Chrystusa: człowiek rozwiera przed Nim szeroko swe serce. Zważywszy to wszystko, dochodzimy do przekonania, że jest rzeczą fałszywą spierać się o tę lub ową formę. Nie powinniśmy zapominać, że nie tylko nasze ręce są nieczyste, lecz także nasz język, nasze serce; że językiem grzeszymy często więcej niż rękoma. Największym ryzykiem podjętym przez Boga i równocześnie wyrazem Jego miłosiernej miłości jest to, że nie tylko ręce i język, lecz także i nasze serce może Go dotykać".

                                                  Grzegorz Stopa maj 2010

 

 O KOMUNII ŚWIĘTEJ

(felieton autonomiczny)

            Św. Kościół katolicki naucza, że w czasie Mszy św., w momencie Konsekracji, chleb i wino stają się prawdziwie Ciałem i Krwią Jezusa Chrystusa. Chleb i wino przestają istnieć, choć ich zewnętrzna postać i cechy – przymioty – pozostają. Tak więc istotnie w Komunii Św. Chrystus przychodzi do nas cały i prawdziwy ze Swoim Ciałem, Duszą, Boskością. Dlatego powinniśmy klękać w momencie przyjmowania Komunii Św., gdy cały Majestat Trójcy Przenajświętszej uniża się przed grzesznym człowiekiem i wstępuje do świątyni naszego serca. Człowiek nigdy nie jest piękniejszy, niż w pokornej postawie klęczenia skierowanej do Boga. „ Kiedy się uniżasz i wyniszczasz przed Majestatem Moim – mówi Pan Jezus – wtenczas ścigam Cię łaskami Swoimi. Używam wszechmocy, aby Cię wywyższyć” (Dz 576: por 1P5,5 –6 ).

Nieuszanowanie świętości Eucharystii jest śmiertelną trucizną dla wiary. Klękanie miało i zawsze mieć będzie niezaprzeczalną wymowę. Dlatego zapatrzeni jesteśmy w pokorną postawę Anioła z Fatimy, który z czołem przy ziemi, na kolanach, uwielbiał Boga w Eucharystii, mówiąc: „ Tak macie się modlić! ”  Dzieci  fatimskie widziały kilkakrotnie Anioła modlącego się czołem do ziemi. Same też codziennie na kolanach, przez kilka godzin wynagradzały Bogu, za zniewagi, jakich doznaje w Najświętszym Sakramencie.

W maju w 1916r. były świadkami, jak Anioł Portugalii, padłszy twarzą na ziemię oddawał

cześć Hostii Przenajświętszej, z której spływały krople Krwi do kielicha. Po chwili powiedział: „ Przyjmijcie Ciało i Krew Pana Jezusa, tak strasznie znieważone przez niewdzięcznych ludzi. Pokutujcie za ich grzechy i pocieszajcie Boga naszego” .

 

Przez to nieuszanowanie i obojętność, których nigdy dotąd nie było, ludzie ściągną karę na świat. Lekceważenie Eucharystii powoduje w człowieku utratę wiary w żywą obecność Jezusa w Eucharystii. A zanik pobożności eucharystycznej prowadzi do ateizmu lub protestantyzmu. Tak jak to widział w wizji św. Jan Bosko: gdy ludzie nie znajdą już nic świętego w Kościele, wyrzucając przedmioty święte do śmietników, by więcej nie klękać i nie wielbić Stwórcy. I tak pozostawieni sami sobie staną się łupem diabła...

 

Młodzież widząc taką obojętność wobec Najświętszego Sakramentu, nie będzie darzyła szacunkiem ani Eucharystii ani kapłanów. Będzie masowo, podobnie jak na Zachodzie, odwracać się od Kościoła. Musimy pamiętać, że czci dla Pana Jezusa nasze dzieci uczą się od dorosłych. One widzą, jaką czcią starsi otaczają Najświętszy Sakrament

i od nich przejmują wzorce Jego adorowania. Świadomi tego biskupi na czele z Ojcem Świętym podejmują właśnie wysiłki, aby przywrócić tę, zatraconą przez nowatorskie pomysły, prawdziwą cześć dla Najświętszego Ciała i Krwi Pańskiej.

Upadek religijny na Zachodzie miał ścisły związek z upadkiem czci dla Sakramentu Ołtarza. Komunia na stojąco stopniowo osłabia wiarę, a na rękę – niszczy ją całkowicie

 Brunon K. - kwiecień 2010

 

Rodem z Bytomia

 

Czwartego maja 2003 rozpoczął się w Werl, w Westfalii proces beatyfikacji biskupa Warmii i Mazur, pochodzącego ze Śląska, a dokładnie „Rodem z Bytomia”, Maksymiliana Kallera. W roku kapłańskim chciałabym przybliżyć sylwetkę tego wielkiego kapłana i człowieka pochodzącego z naszej śląskiej ziemi.

Biskup M. Kaller urodził się w Bytomiu 11.10.1880 roku. Tu ukończył pierwsze etapy edukacji. Studia filozoficzne i teologiczne odbywał we Wrocławiu. Tu także otrzymał 30.09.1903 roku święcenia kapłańskie, których udzielił mu ks. kardynał Jerzy Kopp. Pracował przez 2 lata w Strzelcach Opolskich jako wikary i stąd został przeniesiony do pracy duszpasterskiej do Bergen, na wyspie Rugii (Rügen), która należała do diecezji wrocławskiej. Opiekował się tam stałymi mieszkańcami wyspy i polskimi robotnikami sezonowymi, rozbudował kościół parafialny i dał początek duszpasterstwu turystycznemu.

W roku 1917 ks. kardynał J. Kopp mianował go proboszczem kościoła św. Michała znajdującym się w Berlinie – Kreuzberg. Była to jedna z największych i najtrudniejszych parafii w Berlinie. Był okres I wojny światowej, w Berlinie panowała nędza i głód, równocześnie tworzyły się różne skrajne ruchy socjalistyczne. Proboszcz Kaller zaczął organizować jadłodajnie, schroniska i całą sieć charytatywną, angażując świeckich, co dało początek organizacji apostolatu świeckich.

W 1930 roku zostaje mianowany biskupem Warmii i Mazur. Jako zawołanie biskupie obrał słowa „Miłość Chrystusowa przynagla mnie”. W katedrze we Fromborku odbyła się jego intronizacja.

Kler i świeccy nie bardzo chcieli biskupa „Ślązaka”,  ale wszelkie zastrzeżenia szybko znikły i bp. Kaller pozyskał sobie serca diecezjan. Opracował i wydał na wzór śląskiej „Drogi do Nieba” śpiewnik i modlitewnik pt. „Chwalcie Pana – Lobet den Herrn” i nową księgę liturgiczną w języku łacińskim, niemieckim, polskim i litewskim.

I jeszcze jedna ciekawostka z życia bp. Kallera. W 1943 r. był w Branicach głównym konsekratorem nowo mianowanego biskupa znanego na Śląsku jako twórca kompleksu szpitalnego w Branicach ks. Józefa Nathana. Biskup konsekrator włożył wówczas na palec bp. Nathana pierścień, który obecnie nosi biskup gliwicki ks. bp Jan Wieczorek, a przed nim śp. ks. bp Henryk Grzondziel.

Na początku lutego 1945 linia frontu znalazła się w okolicach Fromborka. Ks. bp Kaller, chociaż pragnął trwać do końca przy swoich wiernych został na początku lutego przez Gestapo wywieziony w głąb Niemiec. Po zakończeniu działań wojennych bp Kaller zaczął żywić nadzieję na rychły powrót do swojej diecezji, postarał się, więc u władz okupacyjnych o pozwolenie powrotu i tak w lipcu 1945, ciągnąc za sobą wózek ręczny załadowany tym, co mu zostało i woreczkiem suchego chleba, udał się piechotą z powrotem do Warmii i Mazur. Do Fromborka dotarł 17 dni później. Miasto leżało w gruzach i liczyło 270 osób, a do tego okazało się, że stolicą diecezji stał się Olsztyn. Parę dni później Okręgowa Komisja Narodowościowa w Olsztynie odmówiła mu obywatelstwa polskiego, mimo, że mówił płynnie po polsku i miał wielkie zasługi w opiece duszpasterskiej Polaków.

W sierpniu 1945 r. ks. prymas Hlond wysłał ks. bp. Kallera do Pelplina. Spotkanie miało bardzo smutny przebieg, gdyż prymas Hlond poprosił go o podpisanie rezygnacji i zrzeczenie się diecezji. Po dwóch godzinach zastanowienia rezygnacja została podpisana. Utrata biskupstwa była dla bp. Kallera bardzo bolesnym doświadczeniem. Następstwem tej decyzji była deportacja ks. bp. do Niemiec z transportem wygnańców.

Życie przesiedleńców nie było łatwe, pozbawieni wszystkiego cierpieli głód i niedostatek, a oprócz tego gnębiła ich niepewność, co do losów rodzin zaginionych albo wywiezionych przez sowietów do ZSRR. W tym trudnym okresie ks. bp Kaller przejęty do głębi ich dolą umacniał ich i budził chęć i gotowość do przebaczania i nadzieję.

 W 1946 papież Pius XII zlecił mu obowiązek duszpasterstwa nad przesiedleńcami. Biskup Kaller podjął się tego zadania z wielkim zapałem i zaangażowaniem, pomagał im materialnie i duchowo. Organizował pielgrzymki do różnych sanktuariów maryjnych by w ten sposób pomagać tworzyć i utrzymywać więzy między przesiedleńcami. Siódmego lipca nagle zasłabł. Śmierć nastąpiła na skutek zawału serca. Miał 67 lat.

Został pochowany 10.07.1947 r. w Königstein – Taurus z udziałem niemieckich biskupów i wielkiej rzeszy wiernych w grobowcu biskupim. Podczas pogrzebu obok trumny stała tablica z ulubionym tekstem ks. bp. Kallera.

 

Proboszcza kazanie do siebie samego

 Proboszcz musi być bardzo duży i bardzo mały, szlachetny w myśleniu jak gdyby był z królewskiego rodu. Prosty i skromny jak parobek, bohater, który siebie samego pokona. Człowiek, który z Bogiem się mocował. Źródło świętego życia, grzesznik, któremu Bóg przebaczył. Pan własnego wymagania, sługa słabych i przygnębionych i przed żadnym wielkim się nie kłaniający. W mowie szczery, w myśleniu jasny – wyraźny. Pokoju przyjaciel, ospałości nieprzyjaciel, mający mocne oparcie w sobie, całkowicie inny niż Ja.

                                                                                                              Tłumaczenie z niemieckiego

Opracowywała na podstawie książki ks. Pawła Pyrchały „Rodem z Bytomia. Biskup Maksymilian Kaller” Dorota Borus

marzec 2010

 

Czas, który masz.

Nadszedł miesiąc listopad. To w tym miesiącu szczególnie pamiętamy o tych, co odeszli, już nie wrócą, po prostu wyprzedzili nas w drodze do wieczności. Sprzyjająca temu okresowi Jesień, która w całej pełni teraz się objawiła krzyczy, że wszystko przemija. Drzewa prawie już całkowicie oddały liście; na wiosnę ponownie zakwitną, jak mamy nadzieję. Tak jest i w naszym życiu i z naszym życiem. Idziemy ku śmierci, jest to proces nieunikniony: odejście tego miejsca, z tego świata.
Czas płynie bez przerwy i nikt go nie cofnie. Są rzeczy, sprawy, które były, już nie będą i już nie wrócą. Jednak, gdy skończy się to życie, zmieni się ono na inne, a nawet my  „znajdziemy w niebie przygotowane wieczne mieszkanie”. Tak mówi wciąż Chrystus – Bóg - Człowiek.
Czas to Boży dar. Płynie on niewiarygodnie szybko. Należałoby go wykorzystać. Pytanie jak? Tak, aby nie zagubić najważniejszego. Co jest tym najważniejszym? Niech każdy sam sobie próbuje w swoim życiu odpowiedzieć, by nie posądzić mnie o moralizatorstwo.

Niewątpliwie niemal wszyscy gdzieś pędzą, nawet dzieci nie mają czasu. Z przerażeniem wręcz spostrzegam, że u nas ogłaszają się kolejne kluby: aerobik, joga dla dzieci, a coraz mniej czasu mają te dzieci i dorośli. Dobra materialne najszerzej rozumiane przysłaniają niemal wszystko w życiu, tak, że w końcu człowiek gubi wszystko, bo siebie. Boga już zgubił wcześniej.

Pytanie, co jest dla mnie szczęściem jest pytaniem o moje życie. Są tacy, którzy nie tylko uważają, ale tak żyją, że szczęściem są pieniądze, władza, takie i inne dobra materialne, które trzeba mieć. Wtedy nie może być i nie ma czasu dla Boga, na zastanowienie się nad swoim życiem, na sakramenty, na modlitwę … Jest to podejście do szczęścia w kategoriach duchowych i tylko takie daje sens życia, dając szczęście. Tym samym daje nadzieję. Na co nadzieję? No właśnie na życie wieczne, na szczęście bez końca.

Przemijające to rzeczy na tym naszym świecie to rzeczy materialne. One pozornie mogą  dać „szczęście” człowiekowi, ale zawsze są przemijające i zniszczalne.
Pójdziesz na cmentarz. Cmentarz to szczególne miejsce. Tam rzeczy i tylko ludzkie sprawy przestają mieć tak naprawdę znaczenie. Tam znaczenie ma coś innego.
Choć na chwilę i zastanów się: po co żyjesz, ile dobra spełniłeś, ale i czy go teraz spełniasz i czy dobrze wykorzystujesz czas dany przez Boga. Bo każdy ma „swój czas”.

                                                                                                   Ks. Krystian -listopad 2009

 

Wspomnienia z Czech

 Nie mieliśmy zbyt tęgich min i trochę powątpiewaliśmy czy uda nam się ten wyjazd do Czech, stojąc przed kościołem wraz z grupą seniorów w dniu 6.10.09 i czekając na spóźniający się autobus. Ale już w autokarze po odśpiewaniu  "rannych zórz” i modlitwie, dobry humor i uśmiechy powróciły. Przy  lekcji historii o ziemi hulczyńskiej, morawskiej i jej okolicach udzielonej nam przez Pana Józefa Gąschiora dotarliśmy do Bolatic, małej miejscowości liczącej ok. 4200 mieszkańców. W Bolatiach urodził się August Scholtis (1901-1969) - najbardziej związany z Górnym Śląskiem niemieckojęzyczny pisarz okresu międzywojennego. Tam przy dźwiękach kapeli czeskiej wraz z grupą czeskich seniorów świetnie się bawiliśmy, podziwiając ludowe stroje i zwiedzając skansen, który przybliżył nam życie tamtejszych przodków oraz tradycje folklorystyczne. O życiu parafialnym i kościele w Bolaticach opowiedział nam tamtejszy Ksiądz Proboszcz, Polak, pochodzący z Warszawy, Stanisław Traczyk. Świątynia została wybudowana w roku 1703, jako patron świątyni wybrany został św. Stanisław, krakowski biskup, patron Polski,  na pamiątkę wydarzenia z 1682 roku, kiedy to odwiedził Bolatice król Polski Jan III Sobieski ze swoim wojskiem w drodze na pomoc, oblężonemu przez Turków, Wiedniowi. Dla ciekawostki należy dodać, że bliźniacza kopia tego kościoła znajduje się w Krzanowicach. Kościoły są dziełem architekta Józefa Seyfrieda.

Następnie pojechaliśmy do Opawy, gdzie modliliśmy się w katedrze Wniebowzięcia Marii Panny, która została wybudowana w XIV wieku przez zakon krzyżacki w stylu śląskiego gotyku oraz w kościele św. Jadwigi .

 Po smacznym tradycyjnym czeskim obiedzie, kawie i kołaczu nabraliśmy sił do dalszego podróżowania udając się do zamku w Krawarzu, który jest klejnotem architektury barokowej na Śląsku. Obecny wygląd pałacu w duchu szczytowego baroku pochodzi z okresu  budowy i przebudowy z lat 1721-1728. U schyłku życia osiadł tu i zmarł Michał Sędziwój (1566-1636) - najsłynniejszy polski alchemik, twórca traktatów filozoficznych i alchemicznych. W spadku po Sędziwoju wieś i zamek odziedziczyła jego jedyna córka Maria Weronika, żona rotmistrza cesarskiego Jakuba z Eichendorffu. Kiedy zmarła w 1641 roku majątek przeszedł we władanie Eichendorffów. Projekt budowli najprawdopodobniej wywodzi się z warsztatu z kręgu wiedeńskiego mistrza Johanna Lucasa von Hildebrandta, twórcy słynnego Belwederu. Perełką  jest kaplica Michała Archanioła. Jej kopułę zdobią wykonane w latach 1727-30 freski Franza Gregora Ecksteina- działającego w Brnie artysty, który kształcił się w Rzymie, twórcy tzw. Morawskiego wielkiego stylu. Spacerując alejkami wokół zamku cieszyliśmy oczy pięknem zieleni, podziwialiśmy „gruszki „ na wierzbie i wielkie rozłożyste drzewo czarnego orzecha. Do  najtajniejszych lochów zamku, gdzie według legendy Sędziwój ukrył dziewięć sztabek złota  nie dotarliśmy.

W powrotnej drodze odwiedziliśmy kościół parafialny w Krawarzu i kościół w Kobierzycach.

Pielgrzymkowanie zakończyliśmy w naszym parafialnym kościele na Ocicach odmawiając różaniec w podziękowaniu za  wrażenia i piękno spędzonego czasu.

                                                                                                                        W imieniu Parafialnego Caritasu

                                                                                                                               Danuta  H - październik 2009

 

 

Łatwo wpaść w sidła

  Wakacje! Och nareszcie! Racja – po wzmożonej pracy należy się odpoczynek. Wyjazdy i podróże sprzyjają nawiązywaniu nowych znajomości. Bywa, że niebezpiecznych dla ciebie, zwłaszcza, gdy nie stoisz mocno na nogach religijnych i światopoglądowych. Zazwyczaj osobę, którą spotykasz jest miła, ciepła, w sam raz dla ciebie. Poza tym to ona, albo on zna wszystkie odpowiedzi na wszystkie nurtujące cię pytania, potrafi twoje kłopoty rozwiązać i po sprawie. To dopiero jest coś; nie zna odpowiedzi, Kościół, zresztą od dawna cię tu nie było, wiara staje się mętna, nijaka, a nawet nieważna. A wtedy jesteś zagrożony. Możesz być przedmiotem manipulacji, o czym oczywiście nie wiesz. Szczególnie ludzie młodzi nie wyczuwają niebezpieczeństwa przeróżnych sekt, ludzi żerujących na naiwności dziewcząt.

Nie znajdując, z jakiś powodów miejsca we wspólnocie Kościoła, który jest w sposób bezpardonowy w naszej europejskiej cywilizacji atakowany za wszystko, zawinione i niezawinione, faktyczne i werbalne, szczególnie młodzi ludzie stają się ofiarami sekt, ludzi, którzy manipulują w sposób okrutny innymi dla własnych celów zniewalając duchowo człowieka.

Jedna z technik, znanych z psychologii jest psychomanipulacja, która - mówiąc w skrócie - która polega na „praniu mózgu” poprzez fałszywą miłość: wszyscy są dla ciebie szalenie mili, życzliwi i rozumiejący cię. Do czasu. Do tego czasu, aż zaczniesz robić to, co chce ktoś (guru), aż stracisz kontakt z rzeczywistością taką, jaka jest, zacznie cię denerwować rodzina, dotychczasowi koledzy, dotychczasowe życie. Ten świat już jest zły; w ogóle świat jest czarny albo biały.

Przeglądając artykuły o sektach i grupach manipulacyjnych znalazłem dosyć chyba trafny podział „sekciarskiej mapy”. Otóż można je podzielić na cztery rodzaje:

- biblijno-synkretyczne – wiele jest tu elementów biblijnych pomieszanych z różnymi światopoglądami

- orientalne – zawierają elementy nauk buddyjskich, hinduizmu i w ogóle tradycji wschodu

- nauki terapeutyczne (magiczne) – że niby bardzo łatwo i oczywiście w bardzo krótkim czasie osiągniesz szczęście i błogostan. Dosyć ciekawy pogląd. Gdyby tak było wielu ludzi, zwykłych śmiertelników dawno by było nieskończenie szczęśliwych.

 

Ktoś kiedyś powiedział mi – zresztą nie niejeden raz - że wszystko jedno, w co się wierzy, albo w jakiego Boga. Ciekawy pogląd. Wprost przeciwny chrześcijaństwu.

                                                                                                                                                                                   Ks. Krystian - lipiec 2009

 Czy w życiu najważniejsze są przyjemności ?


                         "Chwytaj dzień, bo przecież nikt się nie dowie, jaką nam przyszłość zgotują bogowie"                                                                

                                                                             Horacy

Życie prowadzone tylko w ten sposób staje się wcześniej czy później bardzo puste. Egoistyczne przyjemności, wieczna zabawa, łatwy dostęp „do wielkiego świata” poprzez internet, telewizja, używki, przedmiotowe podejście do seksu, unikanie odpowiedzialności za siebie i za innych sprawia, że człowiek zaczyna  czuć się samotnie. Takie łatwe przyjemności zawsze wcześniej czy później kończą się. I jeśli nie osiągnęło ani nie zbudowało się żadnych trwalszych wartości pozostaje pustka, różne jej rodzaje… Nie jest zła zasada "chwytaj dzień". Pewnie jej rozumienie zostało wypaczone. Ale nie chodzi w niej o "chwytanie przyjemności" chodzi o chwytanie życia, o umiejętność nie przegapienia go, bo często zapracowani, zmęczeni, smutni, przestajemy je widzieć… To umiejętność zauważenia małych, niepozornych rzeczy przynoszących radość, To umiejętność uśmiechu,  gdy widzi się wschód słońca i jego promienie odbijające się od tafli wody czy oszronionych mrozem drzew. To również umiejętność kochania, docenienia bliskości drugiej osoby. I także umiejętność zauważenia czyjegoś skrywanego smutku, łez i dzięki temu możliwość pomocy.

 Cokolwiek czynimy, czyńmy z myślą o drugim człowieku. Tyle jest w życiu dróg i możliwości sprawiania radości innym. Sami napełnimy się radością, gdy coś dobrego uczynimy, gdy sprawimy radość innym, gdy będą mogli korzystać z pracy naszych rąk i naszego umysłu.

 Są osoby przemierzające pustynię swego życia
z ogromnym pragnieniem przyjemnych doznań.
Za głupców uważają tych, którzy chcą ich zapoznać  z Ewangelią.
Jest to posłanie zbyt zaskakujące dla ich pustyni!
Lecz kiedy zapragną wejść do "Hotelu Pana", zostanie im powiedziane:
"Przykro mi, tutaj nie można wstąpić bez odnowionego serca".

                                                               Bruno Ferrero

 

                                                                                                                                                                                             Danuta H  - lipiec 2009

 

Nie Jestem mądrzejszy.

Joseph Ratzinger, obecny papież mówił, a czytamy o tym w książce zredagowanej z jego wykładów uniwersyteckich 1991-2000: „Papież nie może narzucić wiernym katolickim przykazań tylko dlatego, że tak chce bądź uważa to za korzystne.” To cytat dosłowny. Nieco dalej ten sam duchowny pisze, iż sytuacja „wygląda jednak zupełnie inaczej, jeśli wyjdzie się od antropologii sumienia”.

Prawda jest taka: nawet papież nie ma prawa narzucać, ani przykazań, ani moralności, ani czegokolwiek innego, co oczywiście jest jasne i logiczne. Gorzej dziś, kiedy świat nie odwołuje się do sumienia, gorzej wtedy dla świata i człowieczeństwa. I tu przyszły papież uderza w sedno problemu. Świat bez sumienia jest światem bezdusznym, martwym, tak jak człowieczeństwo bez miłości jest pozbawione życia.

Z światem, z ludźmi należy dyskutować, lecz trzeba wyjść z poziomu sumienia, celu ostatecznego, Boga, moralności chrześcijańskiej, czy Ewangelii. Błędem w dyskusji o ważnych sprawach jest przeświadczenie, że ktoś (Kościół, Bóg) oto narzucił nam, najczęściej, aby jeszcze utrudnić nam żywot. Wtedy też racje ekonomiczne, gospodarcze, albo wręcz indywidualistyczne biorą górę nad racjami sumienia. Liczy się wtedy owe Ja, a to jest zawsze niebezpieczne. Dla wszystkich.

Dialog możliwy jest wówczas, gdy wiemy o czym rozmawiamy: znam temat i jestem gotów słuchać argumentów drugiej strony, również nie tylko słuchać, ale i brać je pod uwagę.

Dla wielu racje sumienia, moralności głoszonych przez Kościół, przez papieża są nie przyjmowane nie tyle dlatego, że są błędne z racji „antropologii sumienia”, ale dlatego, że głos zabrał tu Kościół, na co wielu odpowie: a cóż mu do tego? Otóż już św. Paweł pisał: „głoś w porę i nie w porę …”.

Mieć odwagę słuchać tego i tych, z którymi się rozmawia to wielka dziś umiejętność, ale trzeba też pamiętać o słowach tego samego apostoła Pawła: „Trzeba bardziej słuchać Boga, niż ludzi”. Człowiek jest omylny, Bóg zaś jest Prawdą.   

                                                                                            Ks. Krystian - maj2009

 

 

Krzyż Boga

,,Oto się powiedzie mojemu Słudze, wybije się, wywyższy i wyrośnie bardzo. Jak wielu osłupiało na Jego widok - tak nieludzko został oszpecony Jego wygląd i postać Jego była niepodobna do ludzi - tak mnogie narody się zdumieją, królowie zamkną przed Nim usta, bo ujrzą coś, czego im nigdy nie opowiadano, i pojmą coś niesłychanego.

 Któż uwierzy temu, cośmy usłyszeli? Na kimże się ramię Pańskie objawiło? On wyrósł przed nami jak młode drzewo i jakby korzeń z wyschniętej ziemi. Nie miał On wdzięku ani też blasku, aby na Niego popatrzeć, ani wyglądu, by się nam podobał. Wzgardzony i odepchnięty przez ludzi, Mąż boleści, oswojony z cierpieniem, jak ktoś, przed kim się twarze zakrywa, wzgardzony tak, iż mieliśmy Go za nic”.

Cały Kościół, zwłaszcza przeżywając Wielki Post, staje pod krzyżem, aby zapatrzyć się w Tego, który „do końca umiłował”. Wyjdźmy dziś na plac egzekucji. Dołączmy do Maryi i Jana. Stańmy w ciszy u stóp zawieszonego Boga. Oto otwarta księga nagiego ciała, przybitego do drzewa. Patrząc na nią można pojąc jak się kocha, jak umiera.

Krzyż jest księgą ksiąg. Czy my, chrześcijanie XXI wieku nie przywykliśmy już do widoku krzyża? Czy nie pozwoliliśmy, by krzyż stał się elementem dekoracyjnym, ornamentem? A kiedyś starożytni przy wypowiadaniu nazwy tego narzędzia śmierci trzęśli się ze zgrozy.

Jakże musiało zależeć Jezusowi, byśmy widzieli Jego cierpienie. Jakże zależało Mu, by ludzie wpatrywali się w twarz Jego jako Skazańca, skoro urodził się w nocy, cicho; w nocy zmartwychwstał, zaś ze swej śmierci uczynił widowisko. Konał na oczach ludzi w światłach dnia. Przybity, bezsilny, wołał w opuszczeniu. Żadnego blasku.

Ta agonia Jezusa trwa w człowieku. Następuje wielokroć, wielorako. Kiedy twoje ciało, twoje serce, twoja dusza są umęczone… i pośród ciemności, udręczonej samotności, rodzi się pytanie: „Gdzie On jest?”, wiedz, że od czasu krzyża na Golgocie jest tylko jedna odpowiedź, zrodzona z cierpienia: „Jest tutaj”.

Przez śmierć Chrystusa na krzyżu zawierająca się w Nim ludzkość wyrzeka się samej siebie i umiera. Ale ta tajemnica jest  jeszcze głębsza – Ten, który wszystkich ludzi w sobie zawierał, był opuszczony przez wszystkich. Człowiek powszechny umarł samotnie. Pełnia Kenozy i doskonałość ofiary! Trzeba było tego opuszczenia – aż do opuszczenia przez Ojca – ażeby dokonało się zespolenie. Tajemnica samotności i tajemnica rozdarcia jako jedyny skuteczny znak złączenia i jedności! Święty miecz idący „aż do rozdzielenia duszy i ducha”, ale po to, ażeby w nie weszło życie powszechne:  „O Ty, któryś jest najbardziej sam spośród samotnych, i któryś jest wszystkim we wszystkich!”

„Przez drzewo Krzyża – mówi św. Ireneusz – dzieło Słowa Bożego stało się jawne dla wszystkich: ręce jego wyciągnęły się, żeby zgromadzić wszystkich ludzi. Dwie wyciągnięte ręce, dwa są bowiem ludy rozproszone na ziemi. Jedna głowa pośrodku, gdyż jeden jest Bóg nad wszystkimi, pośród wszystkich i we wszystkich”.

                                                                                                                                                         Kl. Janusz Sobiś, WTUO, WSD - Opole- kwiecień 2009

 

O intencjach mszalnych

Nie ulega wątpliwości, że obserwujemy zanik ofiarowanych przez wiernych intencji mszalnych chyba w całej naszej diecezji i Kościele polskim. Trzeba przyznać, że uległ zmianie nasz stosunek do sakramentów, tym samym do zbawienia swojej duszy, często uważając, że jak już jesteśmy ochrzczeni to „pokój wieczny mam za plecami”. Tym samym ulega szczególnie zmianie nasz stosunek do sakramentu Eucharystii, a więc do Mszy świętej, która jest najświętszą czynnością Kościoła. Nieraz zastanawiam się, dlaczego ludzie, często będący na emeryturze, czy na rencie, nie pracujący zawodowo, mający sporo czasu wolnego – nie cieszą się religijnością, Eucharystią, w której mogliby nawet codziennie uczestniczyć, przyjmować codziennie Jezusa eucharystycznego „do siebie” umacniając tym samym swoje życie, przygotowując się do radosnego spotkania z Bogiem w wieczności. Dziwi mnie, że ich nie ma; jakby się czegoś lękali, uciekali od najważniejszych spraw i pytań, jakby nie mieli tylu duchowych sił właśnie na co dzień.

Jak wynika z badań socjologicznych wciąż przeprowadzanych w Kościele polskim postawy naszych wiernych są – mówiąc delikatnie - zastanawiające i nie napawające optymizmem. Jeśli w 2007 roku w całej Polsce chodziło do Kościoła 44,2% wiernych (najwięcej w diecezjach: tarnowskiej (72%), rzeszowskiej (68,5%) i przemyskiej (64,2%), najmniej w diecezjach: łódzkiej (28,6%), szczecińsko-kamieńskiej (29,3%), oraz koszalińsko kołobrzeskiej (30,5%) to odsetek tych, którzy uczestniczą w codziennej Eucharystii jest naprawdę mały, a tych, którzy zamawiają intencje odprawianej Ofiary naprawdę znikomy. Oblicza się, że 40,3% wiernych (są członkami Kościoła Chrystusowego) nigdy w nie zamówiło w ogóle żadnej intencji mszalnej w swoim życiu. Spośród tej liczby oblicza się, że 57% mężczyzn nigdy tego nie uczyniło. Gdyby dobrze przypatrzeć się to okazuje się, że Msze św. zamawiają przede wszystkim kobiety (zresztą tych jest w kościele zdecydowanie więcej). Gdy przypatrzeć się intencjom to widać wyraźnie, że wśród nich dominują intencje mszalne za zmarłych, bardzo zaś mała ilość to intencje Mszy św. o zdrowie, dziękczynne z okazji jubileuszów (jest ich tylko 1,1%).

Nikt nie zamawia intencji o odpuszczenie grzechów, o nawrócenie, o uzdrowienie z nałogów. A tak drogocenne, szlachetne i dobre jest to, gdy wierni chcą być obecni na mszach zamawianych przez siebie, bądź za  siebie odprawianych.

Św. Augustyn, w swoich klasycznej pozycji, w "Wyznaniach" przytacza słowa swojej matki, św. Moniki, która na krótko przed swoją śmiercią powiedziała tak: "to nie ważne, gdzie złożycie moje ciało. Nie martwcie się o to. Tylko o jedno was proszę, żebyście - gdziekolwiek będziecie - wspomnieli mnie przy ołtarzu Pańskim".

Warto nieustannie przypominać sobie o pięknym zwyczaju odprawiania Mszy św. w intencji tak żywych jak i zmarłych członków rodziny, sąsiadów …

Intencje są tu ważnym bodźcem do modlitwy wstawienniczej, jednocząc równocześnie całą społeczność chrześcijańską, zwłaszcza społeczność parafialną.

Intencjom towarzyszy zwykle ofiara pieniężna. Nie jest ona "opłatą" za Mszę św., (tego nie jesteś w stanie zapłacić, bo nie ma takiej ceny), lecz ofiarą składaną przy jej sposobności.

Warto pamiętać, iż we Mszy św. są te same cele, co w Ofierze Jezusa Chrystusa. Chodzi o poczwórny cel: najpierw pochwalny, potem dziękczynny, przebłagalny i pojednawczy, w końcu wstawienniczy. Chrystus umarł za wszystkich ludzi, przywracając najpierw chwałę swemu Ojcu. W Wieczerniku składał swemu Ojcu dzięki i za stworzenie i za odkupienie. Chrystus czyni to nadal, za ludźmi wstawiał się na krzyżu, umierając za grzechy wszystkich ludzi i dziś stale jeszcze wstawia się za ludźmi. Po swojej śmierci na krzyżu i po swoim Zmartwychwstaniu wstąpił do nieba i zawsze żyje, aby wstawiać się za nami. Te poczwórne cele Ofiary Chrystusa przeszły do każdej Mszy św.

Owoce każdej Mszy św. zwane powszechnymi przypadają całemu Kościołowi. Są jednak i owoce (zwane misterialne) które otrzymują ci, za których odprawiana jest Msza św. i ci, którzy są na niej obecni: kapłan, służba kościelna, wierni.

Jeżeli słabnie znajomość celów i owoców każdej Mszy św., to może dlatego właśnie coraz rzadziej z tego niezwykłego daru korzystamy?

U wejścia do jednego z francuskich kościołów rzucał się w oczy dużej wielkości taki napis: Zamówić i ofiarować Mszę św. jest najlepszym podarunkiem dla tych, których kochamy.

Jak przeczytałem u Ks. prof. Raka, który pisał, że w jednej z parafii w Austrii, w Bad Hofgastein, w archidiecezji Salzburg, proboszcz przez 15 lat wytrwale zachęcał, przypominał, namawiał, żeby zamiast wieńca czy kwiatów na trumnę, ofiarować Mszę św. za zmarłego.  Wiadomo, że najpierw potrzebna jest owa świadomość celów i owoców każdej Mszy św. A tej bardzo nam potrzeba.

( marzec 2009 - ks. Krystian Hampel, posłużyłem się artykułem ks. prof. Romualda Raka, Wiad. Arch. Rok 2001 Nr 10; Tygodnik Niedziela 24/2008)

 

                                                    Tracąc, nie tracimy, bo niebo w naszym zasięgu.

 Któż z nas nie boi się śmierci? Chyba niewielu jest takich. Boimy się nade wszystko nieznanego. Dziś jednak lęk przed śmiercią wydaje się nieporównanie większy, niż jeszcze choćby pół wieku temu. Śmierć obecna jest dziś niemal wszędzie każdego dnia; na ekranach telewizorów, w grach komputerowych, a jednak - paradoksalnie, jak nigdy dotąd – w rzeczywistości jest nieobecna, bowiem dziś człowiek naprawdę mało kiedy naprawdę ociera się o nią i staje z nią oko w oko.  Tak naprawdę można dziś przeżyć życie nie doświadczając nigdy tego, czym jest umieranie, kiedy nigdy nie towarzyszy człowiekowi umierającemu. Więc w gruncie rzeczy śmierć jest nieobecna w naszym życiu, bowiem nawet śmierć naszych najbliższych oddaliśmy innym: ludzie umierają w szpitalach, hospicjach, często daleko od swych bliskich, a potem - gdy już to nastąpi – zajmują się wszystkim wykwalifikowane firmy - od ubierania ”po grób”. W tym nie ma nic niewłaściwego, oprócz tego, że może nam coś umknąć bardzo ważnego, a mianowicie to, że umieranie należy do życia, a śmierć dotyka każdego z nas, a więc dotknie i mnie. Czymś innym jest wiedzieć, a czymś innym jest doświadczyć tego i tym doświadczeniem kształtować swoje życie i jego wybory.

Dziś wydaje się, że człowiek totalnie zaufał nauce, doświadczeniu; co nie naukowe, niesprawdzalne, nie empiryczne jest niepewne, a tym samym dla niego niewiarygodne. Ponieważ nikt jeszcze nam nie powiedział, ’’jak tam jest po drugiej stronie”, nie doświadczyliśmy tego naocznie, namacalnie, budzi to zgrozę, lęk, co z kolei prowadzi do stwierdzenia, że tego nie ma, a sam fakt śmierci należy oddalić jak najdalej. Oczywiście jest to ucieczka do nikąd, któż bowiem z nas przed śmiercią ucieknie?  

Wiara daje człowiekowi nadzieję. Również, a może nade wszystko na życie wieczne. My wierzymy, że jest nie tyle śmierć, bo to każdy w końcu wie, a nawet się przekona, ale że jest i Bóg, niebo, czyściec, piekło. Wierzymy, że jest sąd Boży, że przed Bogiem staniemy. To zaś - wbrew pozorom - daje nadzieję. Wierzymy i wyznajemy, że można pomóc tym, co już odeszli przed nami: przez naszą modlitwę, Ofiarę Eucharystyczną, właśnie za tego konkretnego człowieka, którego tu już nie ma, tak jak był dotychczas; wierzymy też, że nasze dobre czyny będą miały znaczenie przed Bogiem. Ale to jest domeną człowieka wiary, człowieka, który złączył życie swoje z życiem Jezusa. Inaczej ma się rzecz u współczesnego człowieka, który stracił religijną orientację, nawet nie tylko chrześcijańską, ale wszelką. Fakt śmierci jest dla niego ”faktem skończonym”, jest całkowitą niepewnością i niewiadomą, a więc totalną klęską.

Wydaje się, że dawne kultury, tradycje głęboko religijne, a nawet samo życie dawało człowiekowi bardziej wyraźną prawdę jego życia. To, co zrobił Jan Paweł II w ostatnich chwilach swego życia ziemskiego otworzyło dopiero wielu ludziom oczy, że jest coś takiego prawdziwego, jak śmierć i wcale ona nie musi i nie jest końcem wszystkiego, choć jest końcem ziemskiej wędrówki człowieka. Człowiek niemal umierający na oczach współczesnego świata - to niewiarygodne, niepojęte, inne od tego, co spotykamy na co dzień! Gdy papież umierał powiedział:

”błądźcie radośni, jak ja Jestem ”. Gdzie tu miejsce na klęskę, na przegraną?

Tak zwana kultura zachodu nie rozumie tego, choć może jeszcze szanuje.

W naszej kulturze nie ma przegranych. Gdy ktoś idzie do zakonu - przegrał. Gdy coś nie idzie po naszej myśli - porażka. Przegrani na bok. Miejsce tylko dla zwycięzców. Otóż tym bardziej w takiej konwencji śmierć będzie postrzegana jako porażka, przegrana, nie pasuje do tego świata, tej kultury. Jeśli zaś jest tylko przegraną, to czym jest życie. Śmierć jest tylko tam, gdzie jest życie.

Jest jeszcze jedna ważna rzecz, a mianowicie ta, że żyjąc w kulturze materii, a w takiej żyjemy, śmierć nie pyta o stan naszego posiadania rzeczy. Zabiera wszystko, a w zasadzie niczego nie zabiera, oprócz nas samych. Wszystko zostaje, ale nas już nie ma. Z tym człowiek dzisiejszej kultury coraz bardziej nie potrafi się pogodzić. Miałem, a nie mam – zdaje się krzyczeć i to coraz głośniej. Ten krzyk z wnętrza człowieka będzie coraz większy, bowiem odejście od Boga jest wejściem w świat swoich bóstw, a więc z góry przegraną, klęską, bo co w tym świecie nie umiera?

Według mnie, człowiekowi dziś pozostała tylko religia i tradycja religijna. Ona jedna nie okłamuje człowieka, bo nigdy nie powie, że nie umrzesz, Jezus Chrystus nie powie, że nie będziesz cierpiał, nie będziesz miał swojego krzyża, więcej: Kościół powie: jesteś prochem i w proch się obrócisz. A właśnie w tej kulturze zachodnio-europejskiej, w której przypadło nam żyć, nie ma już nigdy miejsca na całkowitą prawdę o człowieku i Bogu w świecie, wobec czego nie może być miejsca na śmierć, tak, jak nie może być miejsca na przegraną, czy klęskę. Na nią sobie nie można pozwolić – zda się krzyczeć dzisiaj świat!

 To Jezus mówi, że ziarno musi umrzeć, by wydało plon. To jest klucz do zrozumienia życia, a tym samym śmierci, bo każe nam „po trochę umierać”, już teraz, by cieszyć się bardziej życiem. Gdy człowiek nie nauczy się tego za życia ziemskiego, będzie miał coraz większy problem z życiem samym (a więc z sobą), tym samym z ludźmi, a na końcu ze śmiercią samą, oczywiście już swoją. Pozostanie mu bowiem tylko pustka i lęk.

Z pewnością wielu z was widziało film Gronninga pt. „Cisza o kontemplacyjnym klasztorze w Alpach francuskich. Ujmujące są w tym para dokumentalnym obrazie sceny mnichów - ich twarze i oczy pełne spokoju, radości i spełnienia. Patrząc na ten obraz filmowy proszę zwrócić na to baczniejszą uwagę i zastanowić się. Pozornie ich życie nikomu niepotrzebne, przegrane, w głębszym wymiarze życia najbardziej potrzebne im samym i światu, zwłaszcza współczesnemu. Umrzeć, bowiem w tym życiu, za życia, temu, co niepotrzebne, ohydne, brudne i złe, powoduje, że śmierć nie tylko nie jest klęską, ale może być wypełnieniem życia, Pełnią i przemianą tu i teraz mnie samego. Jezus mówiąc o ziarnie, które musi obumrzeć, by przyniosło plon, uczy nas tak naprawdę procesu umierania już w tym życiu, aby nie być kiedyś zaskoczonym tym, co na pewno nastąpi. Gdy ktoś to potrafi w życiu, nie będzie bał się kiedyś śmierci, a jeszcze cenił to, co ma, a więc obecną teraźniejszość.

Można było by rzec prosto: życie jest za cenne, aby je przegrać. Bo przegrane życie prowadzi do klęski śmierci.

                                                                                                          Ks. Krystian Hampel - listopad 2008

 

By się dobrze przygotować - o Wyższym Seminarium Duchownym wczoraj i dziś. 

Po wojnie na Śląsku opolskim powstała Administracja apostolska. Pierwszym Administratorem był ks. dr Bolesław Kominek (późniejszy kardynał, metropolita wrocławski). Czynił On wielkie starania, aby nasz region miał własne Seminarium. Na początku klerycy studiowali w Krakowie, jednak ze względu na złe warunki lokalowe zostali przeniesieni do Opola, a w 1950 r. do Nysy. Wówczas patronem Seminarium został św. Stanisław, biskup. Pierwszym rektorem był ks. Tomaszewski, a Ojcem duchownym nasz były proboszcz ks. prałat Bernard Gade. Kadrę dydaktyczną  tworzyli pracownicy naukowi Uniwersytetu Lwowskiego. Budynek, w którym wcześniej mieli swój szpital Bożogrobcy nie gwarantował jednak dobrych warunków lokalowych. Diakoni więc (szósty rok) mieszkali w Opolu. Skracając część historyczną przejdźmy do roku 1992. Powstała wtedy diecezja gliwicka i nasze Seminarium stało się miejscem formowania kapłanów dla obu diecezji. W 1994 roku z połączenia Wyższej Szkoły Pedagogicznej i Filii Wydziału Teologicznego KUL w Nysie, powstał Uniwersytet Opolski, którego studentami zostali także klerycy. W 1997 roku po 47 latach, Seminarium zostało przeniesione do Opola. Na ten cel odbudowano gmach jednostki wojskowej przy ul. Drzymały 1.

Może tyle z rysu historycznego. Zajmiemy się teraz przeciętnym klerykiem, tym co robi, jak wygląda jego dzień. Dzień zaczynamy  dość wcześnie, bo o 5.30. O godzinie 6-tej  zaczynamy modlitwy poranne (Msza św., Jutrznia oraz rozważanie Pisma Świętego). O godzinie 7.25 (czas jest wyliczony co do minuty) śniadanie, a po nim zaczynają się wykłady. O 13.15 jest obiad, po którym jest rekreacja (czas do własnej dyspozycji) lub dalszy ciąg wykładów. Godzina 18-ta to kolacja, o 18.20 ponownie rekreacja, a o 19.30 czytanie duchowne (czas przeznaczony na lekturę żywotów świętych, pism Ojców Kościoła lub innych pożytecznych duchowo książek). Następnie udajemy się na wspólną modlitwę brewiarzową, po której jest sacrum silentium, czyli czas świętego milczenia. O 22.00 cisza nocna.

Tak w ogromnym uproszczeniu wygląda dzień kleryka. Studia, jak już wcześniej wspomniałem, odbywają się na Wydziale teologicznym UO.  Na pierwszym roku jest kurs filozofii, czyli: logika, etyka, antropologia, historia filozofii, epistemologia, metafizyka oraz teodycea. Oprócz filozofii na pierwszym roku jest łacina, liturgika, religiologia, fonetyka i muzyka (wykładana przez całe sześć lat nauki) oraz kilka pobocznych przedmiotów. Od drugiego do szóstego roku jest studium teologii. Między innymi jest to: teologia fundamentalna, moralna, metodologia, trynitologia, chrystologia, pneumatologia z charytologią, prawo kanoniczne,  oraz inne (wszystkich nie sposób wymienić). Oprócz filozofii i teologii jest także obfite studium językowe: łacina, greka, hebrajski, włoski, czeski i niemiecki. Na koniec szóstego roku każdy kleryk jest zobowiązany obronić magisterium.

W Seminarium nie mieszkają tylko klerycy, ale też powołani przez biskupów przełożeni: rektor, wicerektor, prefekci, ojcowie duchowni oraz prokurator. Oni to, biskupi oraz profesorowie tworzą radę seminaryjną, która dopuszcza poszczególnych kleryków do posług: lektoratu (III rok studiów) i akolitatu (IV rok) oraz święceń: diakonatu (V rok) oraz prezbiteratu (VI rok). 

Jednak nasze życie nie składa się tylko z nauki i modlitwy. Prawie każdy kleryk jest za coś odpowiedzialny (w końcu jest to nasz wspólny dom i musimy o niego dbać). Tradycją już jest, że alumni drugiego roku zmywają, a trzeciego roku opiekują się zakrystią. Pozostali są odpowiedzialni za kawiarenkę, salę gimnastyczną, obie aule, ogród i inne miejsca i sprawy. Na czele kleryków stoi Dziekan, który jest wybierany w demokratycznych wyborach.

A co robi alumn podczas wakacji? Jest bardzo zajęty. Trzy tygodnie to praktyki duszpasterskie, dwa tygodnie to praktyka na rzecz diecezji, miesiąc to pomoc w parafii, a reszta to czas do wolnej dyspozycji. 

Tak w skrócie wygląda formacja seminaryjna. Jeśli ktoś miałby szczegółowe pytania to proszę kierować je do mnie.                                                                          

                                                                             kl. Janusz Sobiś - październik 2008

 

Nie tylko w październiku

 

Jak paciorki różańca, przesuwają się chwile,

Nasze smutki, radości i blaski,

A Ty Bogu je zanieś, połączone w różaniec,

Święta Panno Maryjo, pełna łaski.

 

            Zaczynamy październik, miesiąc szczególnie poświęcony modlitwie różańcowej. Papież Jan Paweł II na Anioł Pański mówił w październiku 1983 r. do pielgrzymów: “W tajemnicach świętego różańca kontemplujemy - zatem przezywamy radości, cierpienia i chwałę Chrystusową oraz Jego Świętej Matki, które stają się radościami, cierpieniami i nadziejami człowieka".

         O odmawianie modlitwy różańcowej upomniała się sama Matka Jezusa. 11 lutego 1858 r., a więc 150 lat temu, ukazała się Maryja Panna św. Bernadecie we Francji, w grocie położonej w pobliżu Lourdes. Ubrana była w śnieżnobiałą suknię i płaszcz, przepasana błękitną szarfą, a dookoła dłoni miała przewieszony różaniec. Ukazując się po raz pierwszy upomniała dziewczynkę, by z głęboką czcią uczyniła znak krzyża świętego i odmawiała różaniec, a przy każdym objawieniu Matka Boska odmawiała z Bernadetą różaniec.

         W Gietrzwałdzie na Warmii w roku 1877 objawiła się Matka Najświętsza dwóm dziewczynkom. Dziewczynki zapytały na polecenie proboszcza czego od nich żąda. Pani odpowiedziała: “ Chcę, abyście codziennie odmawiali różaniec.” Objawienia w Gietrzwałdzie trwały od 27 czerwca do 16 września 1877, a za każdym razem Matka Najświętsza prosiła: „Życzę sobie, aby ludzie odmawiali różaniec.”

         Fatima, 1917 - pierwsza wojna światowa jeszcze trwała. W Fatimie objawiała się Matka Boża trojgu dzieciom od 13 maja do 13 października, które za każdym razem nawoływała do modlitwy różańcowej i to codziennie, aby wyprosić pokój dla świata.

         W naszej parafii jak pamiętam początki modlitwy różańcowej poza miesiącem październikiem rozpoczęły się wówczas, kiedy bombowce w 1943/44 roku latały nad nami w kierunku Kędzierzyna Azotów i Blachowni. Odgłosy tych bombardowań było słychać i u nas. Grupa wystraszonych ludzi gromadziła się wówczas koło kościoła, ksiądz Gade zaprosił ich do salki katechetycznej albo do piwnicy kościoła i tak codziennie zaczęto się modlić różaniec.

         Po wojnie powstały pierwsze róże różańcowe żywego różańca. Powstała również modlitwa różańcowa przed mszą święta i przed nabożeństwem popołudniowym, Przewodniczyły w modlitwie śp. pani Zdzieblik, pani Keil, pani Herud, pani Riedel, pani Agnieszka Jasny i pani Anna Stania.

         Bardzo dziękujemy za przewodnictwo modlitwy różańcowej pani Klarze Gade, pani Małgorzacie i pani Helenie, które czynią to z wielkim sercem i zaangażowaniem. Dziękujemy również za przewodnictwo w modlitwie za zmarłych w domu żałoby albo w kościele przed pogrzebem, która to modlitwa powoli odchodzi już w zapomnienie.

         Jeszcze jeden epizod chcę przypomnieć z życia parafialnego. Nasz zmarły proboszcz Bernard Gade wręczył jubilatom srebrnego i złotego wesela różaniec z życzeniami, ażeby na tym różańcu razem z Matką Najświętszą mogli „wspiąć” się do nieba.

         Zaczynamy miesiąc październik - różaniec codziennie odmawiają i prowadzą rozważania różne grupy parafialne, i bardzo dobrze, ale byłoby jeszcze lepiej gdyby jak najwięcej parafian w nim uczestniczyło.

         Przytoczę słowa naszego Papieża Jana Pawła II.

„Różaniec jest moją umiłowaną modlitwą. Modlitwą cudowną w swej prostości i swej głębi.”

                                                                                                                                                                                   Dorota Borus - październik 2008

 

 

Wszystko w rękach Twoich, Panie.

 Ostatnie miesiące dość mocno  obfitowały w spotkaniach z różnymi ludźmi, którzy mówiąc oględnie -  wciąż narzekają na dzisiejszy świat i ludzi w nim żyjących; zasadniczym motywem jest to, że dzieje się źle i  że kiedyś było spokojniej (nawet za komuny). Nie jest dziś problemem spotkać człowieka pełnego  goryczy i pretensji, skądinąd często uzasadnionych. Prawdą zaś jest, że zmiany dziś i ich tempo jest ogromne.

Już Wisława Szymborska mówiła: ’’To nie jest przyjemna epoka. Wydaje mi się, że większość spraw i rzeczy należy do gatunku jakichś chorób”. Podobne jednak odczucia musiały towarzyszyć wielu ludziom poprzednich epok, choćby przemian społecznych doby rewolucji XVIII i XIX wieku, jak i wcześniejszych, wspominając choćby czasy reformacji i odrodzenia, czy późniejsze  oświecenia. Zakwestionowanie jednak wymiaru religijnego i duchowego w życiu człowieka dziś rzeczywiście może budzić lęk i rzeczywiste obawy. Bo często na pytanie moje o wymiar religijny dostaję odpowiedź jakże bezmyślną, a wpisującą się w nurt dzisiejszej pracy ponad siły, która ma przynosić tylko wielkie dochody, usprawiedliwienia, odpowiedź, która nie ma żadnego uzasadnienia logicznego, za to pełna jest goryczy i zawiedzionych nadziei. Słuchając tego nie powinniśmy jednak wpadać w skrajności, bowiem często są one formułowane przez odczucia pojedynczego jej autora nie oparte na obiektywnej refleksji, a właśnie na subiektywnym odczuciu i doświadczeniu.

Prawdą jest, że żyjemy na cywilizacyjnym zakręcie historii, a to wymaga niesamowitej inteligencji, szczególnie religijnej i moralnej. Bez niej wszystko stoczy się na dno. Zbyt łatwo, zwłaszcza ludzi młodych i to pod wpływem liberalnych mediów, czy środowiska rówieśników, ’’które ściąga w dół” rezygnuje z życia religijnego, sakramentalnego i duchowego. To jest błąd za który trzeba będzie pokutować ...

To właśnie dziś, jak może nigdy wcześniej trzeba przekonania - właśnie religijnego, wewnętrznego - że wszystko jest w rękach Boga, który ’’nie chce śmierci grzesznika, ale by się nawrócił i żył”, jak pisze Pismo święte. Innymi słowy pragnie szczęścia człowieka, ale nie za cenę wolności, bo ona jest miarą miłości.

Gdy przychodzą lęki i narzekania, obawy i zawirowania, warto świadomie powtórzyć słowa modlitwy, a dotyczą one czasu obecnego, jak nigdy dotąd i przyszłego też: ’’miej miłosierdzie dla nas i całego świata”.   

                                                                                                                                                                                         Ks. Krystian Hampel wrzesień 2008

 

 

 

    Czyżby wszystko dało się kupić? (z cyklu refleksje)

 

Żeby się modlić, przystępować do sakramentów świętych, świętować Dzień Pański po katolicku trzeba mieć wiarę. Jednocześnie modląc się, przystępując do Komunii świętej, słuchając Słowa Bożego wzrasta w nas wiara, jesteśmy zdolni do życia chrześcijańskiego. Warto sobie uświadomić, dlaczego korzystamy z posługi Słowa Bożego, dlaczego wybieramy taką, a nie inną Mszę świętą (w istocie jest to ta sama). Zdarza się, że wybieramy (albo i nie wybieramy)   >dla siebie< , dla swoich aktualnych potrzeb i zapatrywań. Wybieranie w tym przypadku bywa „dopasowaniem  do siebie”. Najpierw godzinę, możliwie najlepszą, dopasowaną do wszystkiego innego.  A później kapłana, który powinien celebrować Ofiarę Chrystusa, a tak naprawdę głosić kazanie, bo to w ogólnej naszej wiedzy religijno-liturgicznej najważniejsza część Mszy świętej. Mówimy, że wybieramy kapłana, który „przypada nam do gustu, bądź serca”, co raczej i najczęściej oznacza, że chcemy słyszeć to, z czym się zgadzamy, albo w najlepszym przypadku już słyszeliśmy. Dobrze, gdy dorzuci dobry dowcip w kazanie, a jak już nie tu,  to przynajmniej w ogłoszenia; wtedy poprawia się nastrój, nieraz niezależnie od pogody, która bywa nieraz kapryśna. Za to nie mówi tego, co by musiał powiedzieć, by wyrwać z płycizny wiary, czy choćby dobrego samopoczucia …   Pozostaje jeszcze nastrój, co oznacza oprawę liturgiczną (na pewno skądinąd bardzo ważną), muzyka, śpiew i ... no właśnie, ,,to coś”. To dobrze, gdy przypada w nasze gusta, usposobienia, czy  pragnienia. Właściwie wszystko jest dobrze; właściwie trudno coś zarzucić niewłaściwego poza tym, że wybraliśmy to, co tylko myśmy chcieli; to, że oto liturgia dopasowała się do nas, a nie my do niej. Można łatwo zgubić to, co jest istotą liturgii i życia Kościoła: a istotą jest to, że chleb stał się Ciałem, wino Krwią, a więc nastąpiła Tajemnica Przemienienia. Nie widzieć tego to tracić wiarę, a tak naprawdę to nazywa się skoncentrowanie się na sobie. Tylko gdzie jest wtedy Pan Bóg?                

                                                                                                                                                                                              Ks. Krystian Hampel lipiec 2008

 

Przemówienie ks. Krystiana Hampla do księży diecezji opolskiej i gliwickiej wyświęconych w roku 1985 na spotkaniu w dniu 16.06.2008 roku w Rachowicach k/ Gliwic z okazji rocznicy świeceń kapłańskich - szkic

  

1. Jakby nie powiedzieć -bracia- to my jesteśmy najbliżej Boga. Tak, my kapłani! Popatrzcie raz jeszcze - składamy codziennie Jego Ofiarę! Czy świat coś z tego rozumie? Ba! Czy my wiele z tego rozumiemy? Niewiele rozumie świat z idei kapłaństwa. 

2. Ten świat,  ba, my sami przeżywamy siebie bardzo egoistycznie. Otóż współczesny człowiek uważa, że jest po prostu fajny, jest miły - Pan Bóg powinien go lubieć. Zresztą – my też Go lubimy; jesteśmy z Nim w przyjaznych stosunkach ... A jak tak, to możemy się pomodlić wszędzie .....w lesie, na łące ...

Nie widzimy wartości bycia w komunii z Bogiem! Zajmujemy się nade wszystko sobą!

3. Owszem, pozostała w człowieku, w nas religijność – ona przecież  leży w naturze człowieka. Ale to nie wszystko i nie wystarcza. Zagubiona gdzieś została idea świętości Boga, grzeszności człowieka; tym samym przekonanie naszej wiary, że drogą do Boga jest pojednanie przez ofiarę.

A kim w tym jest kapłan?. Kapłan jest tym, który składa ofiarę Chrystusa. Jest najbliżej Jego świętości - a to jest i niebezpieczne i ryzykowne dla człowieka. On nieustannie składa siebie w ofierze za zbawienie świata.

4. Chrześcijaństwo bywa trudne. Ono wymaga ofiary, wymaga przebaczenia. Chrześcijanin to ten umiłowany przez Boga człowiek, który wie, że wbijał gwoździe w krzyż, sprowokował całą ofiarę Chrystusa: Boga - Człowieka, ale i potrzebuje tej Ofiary.

Potrzebuję Ciebie, Twojej ofiary -  wtedy tak wołam, gdy wyznaję grzechy. Bo w gruncie rzeczy idea ofiary kryje się w przebaczeniu. Tak też jest choćby w małżeństwie: po ludzku całkowite przebaczenie w ogóle  jest niemożliwe. Jest możliwe tylko poprzez Chrystusa w nas, a to znaczy musi coś umrzeć w nas, aby mogło zmartwychwstać. Owocem jest właśnie przebaczenie.

5. Każda miłość do której my jesteśmy zdolni bierze się z kapłaństwa Chrystusa.

I tak, jeśli dla małżonków miłość zanużona jest w kapłaństwie Chrystusa, wtedy wyraża się i w cierpieniu i cierpliwości, byciu dla drugiego człowieka, ale również w radości, jedności, także seksie, bo to też chwila daru małżonków dla tego drugiego.  

6. Jeszcze jedno: my już mamy trochę życia za sobą ... Gdzieś tam może niemal każdy z nas ,,po drodze” pozostawił coś, czego nie chciał, takie zgliszcza. Co z tym zrobić?

Wydaje się, że jedyną nadzieją jest Chrystus, który na końcu do nas i po nas  przyjdzie i wszystko naprawi. Tym samym nada ostateczny sens. Bo wiara już dziś nadaje sens życiu naszemu i tylko ona.

7. Ile to razy słyszymy z różnych stron, jak naprawić, a właściwie polepszyć ,,życie księży”. Media w tym królują, zwłaszcza liberalne, bo one mają nową koncepcję człowieka, to znaczy człowieka wyzwolonego, co znaczy robi co chce, a nawet wierzy w co chce. I tak przebija nieporozumienie na temat kapłaństwa i tego, kim ma być kapłan, mnich, zakonnik. W małżeństwie też bywa, że nie wiedzą kim są dla siebie i kim być mają, tym samym, co jest normalne. Ci, co odeszli od kapłaństwa, nieraz chcieliby od czasu do czasu ,,być księdzem” - jak powiedział jeden z uczestników programu emitowanego kilka miesięcy temu w naszej telewizji.

 

8. Zawsze wracamy, składamy Ofiarę Chrystusa, bo ona jest zbawienna sama w sobie i dla nas. Bez Niej w życiu nam czegoś ważnego brakuje. Bez Niej w życiu zawsze będzie czegoś brakować!  

                                                                                                                                                         Ks. Krystian Hampel czerwiec 2008

 

 

Ostatni miesiąc rozpoczęliśmy cykl artykułów na temat nałogów, głównie alkoholizmu. Kontynuujemy poniżej ten cykl i dziękujemy autorowi, jednemu z naszych parafian za zajęcie się tym tematem.

                                                                                                                     Ks. Krystian

 

PROBLEMY RODZINY UZALEŻNIONEJ OD OSOBY BĘDĄCEJ W NAŁOGU

 

   Zgodnie z opinią lekarzy, psychoterapeutów i duchownych  zajmujących się problemami  ludzi uzależnionych od alkoholu, nikotyny, narkotyków, leków i innych źródeł uzależnienia, to jest choroba  nie tylko tej osoby lecz też całej rodziny . Taka rodzina jest dysfunkcjonalna. Jej problem nie pojawia się nagle ale  postępuje etapowo, o czym ona sobie  nie zdaje sprawy.

   W początkowym etapie choroby nikt w rodzinie nie myśli o szukaniu jakiekolwiek pomocy. Zachowanie osoby uzależnionej jest tolerowane a członkowie rodziny solidarnie go chronią.

   W następnym etapie następuje okres próby pozbycia się problemu. Rodzina organizuje samoobronę przed społecznym napiętnowaniem wiążące się z problemem uzależnienia takiego członka rodziny. Konsekwencją tego w dalszym etapie jest reorganizacja rodziny. Nie uzależnieni członkowie przyjmują na siebie odpowiedzialność za całość rodziny. W mniejszym też stopniu tolerują postępowanie osoby uzależnionej. Często wtedy dopiero pod namową rodziny taka osoba  podejmuje próbę leczenia. Gdy jednak nie przynosi to efektu, to rodzina postanawia się uwolnić od problemu. Próba seperacji  i definitywne usunięcie osoby uzależnionej z rodziny często powoduje, że osoba ta poddaje się leczeniu lub zaprzestaniu nałogu. Jeżeli to nie przynosi  efektu,  to rodzina przeprowadza ostateczną reorganizację , ale już bez osoby uzależnionej. Następuje całkowity nowy podział obowiązków i ról w rodzinie. Cechą osób współuzależnionych od osoby chorej jest przekonanie o swoich możliwościach wywierania znaczącego wpływu na drugiego człowieka pomimo powtarzających się niepowodzeń  i cierpień z tym związanych. Za istnieniem współuzależnienia przemawiają takie fakty jak: poddanie się rytmowi życia osoby uzależnionej, przejmowanie za niego odpowiedzialności, obsesyjne kontrolowanie jego, pomaganie i nadmiernrne opiekowanie się nim, wysoka tolerancja  różnego rodzaju patologicznego zachowania z jednoczesnym występowaniem poczucia winy i małej wartości oraz zaniedbywaniem samego siebie. Osoby współuzależnione są nieświadome pomocy w uzależnieni i w największym stopniu przyczyniają się do odwlekania decyzji o jego zaprzestaniu. Na pytanie jak się zachować i postępować w takich przypadkach ogólne uwagi podane są niżej, choć z realizacją ich jest gorzej.

Nie należy zapominać, że uzależnienie jest chorobą przewlekłą i aby pomóc w wyzdrowieniu trzeba  zaakceptować ten fakt i przestać się wstydzić. Nie należy też traktować go jakby był hańbą dla rodziny. Jest to bowiem jedna z chorób, a powrót do zdrowia jest możliwy, podobnie jak w większości  innych chorób. Nie należy jednocześnie traktować osoby uzależnionej jako niegrzeczne dziecko, bo przecież nie postępuje się tak, gdy ktoś cierpi na jakiekolwiek inną chorobę. Jednocześnie wątpliwy ma sens robienie wyrzutów i  wdawanie się w kłótnie, szczególnie wtedy, gdy osoba uzależniona jest pod ich wpływem. Dodatkowe wygłaszanie kazań i robienie wykładów nie ma również sensu bowiem osoba uzależniona prawdopodobnie wie wszystko co  chcemy mu powiedzieć.  Można go jedynie tylko sprowokować do dalszych  kłamstw  i wymusić obietnice, których nie będzie w stanie dotrzymać.

   Rodzina uzależniona nie może udawać i dawać się okłamywać, bowiem osoba uzależniona dochodzi do przekonania , że potrafi ją  przechytrzyć. Używanie szantażu w formie „gdybyś mnie kochał to byś przestał” niczego nie zmienia, a jedynie zwiększa poczucie winy. Przecież nikt nie mówi  „ gdybyś mnie kochał, to nie przeziębiłbyś się”. Wypowiadanie  gróźb, których nie jest się w stanie spełnić pozwala dać osobie uzależnionej argumenty, że nie traktuje ona poważnie takich słów.  Wszelkie działania rodziny mające na celu  zablokowanie uzależnionemu możliwości dostępu do źródeł zaopatrzenia się w takie środki jak alkohol, narkotyki, środki psychotropowe itd. powodują, że osoby takie szukają desperackich prób ich zdobycia, a każdy wie, że znajdzie się sposób na ich  znalezienie, bez względu na konsekwencje. Nie należy robić nic za osobę uzależnioną, co mógłby zrobić sam. Natomiast usuwanie problemów, chronienie przed ponoszeniem konsekwencji własnych czynów, nieodpowiedzialnych zachowań (na przykład: nieobecność w pracy, zaciąganie długów, kłótnie w rodzinie ) odbierają szanse na to, aby taka osoba zauważyła, do czego doprowadził ją ten nałóg i aby zechciała zmienić swoje dotychczasowe postępowanie. Nie należy oczekiwać natychmiastowego wyleczenia, bowiem tak jak w każdej  przewlekłej chorobie okres leczenia i rekonwalescencji  jest długi, a nawroty choroby są możliwe.

   Bardzo potrzebne jest takiej osobie otrzymywanie miłości, wsparcia i zrozumienia podczas wszystkich prób wyjścia z nałogu. Wiadomo bowiem, że w sporadycznych tylko wypadkach udaje się za pierwszym razem rozwiązać ten problem. Dopiero dalsze próby mogą dać pozytywne efekty. Ważne przy tym jest, aby cała rodzina wzięła pod uwagę takie motto : „Nie ważne jak osoba uzależniona upadła, ale ważne jak z takiego nałogu powstaje”.

   A dzięki  modlitwie wspólnej całej rodziny, zrozumieniu, miłości oraz wybaczeniu jest nadzieja na to, że osoba taka wyleczy się z nałogu, a rodzina powróci do normalnego życia.

                                                                                                                                                                                    (przygotował Jakub maj 2008)

 

NAŁÓG TO CHOROBA CZY GRZECH

      Dla człowieka żyjącego bieżącym życiem słowo nałóg kojarzy się z alkoholizmem, narkomanią lekomanią  bądź  uzależnieniem od  nikotyny. Tymczasem nałogowcami są również osoby poświęcające  pracy cały wolny czas tak zwani pracoholicy,  telemani  to osoby, które przesiadują przed telewizorem wszystkie wolne chwile, komputerowcy, którzy nie widzą nic poza komputerem, kobiety ogarnięte manią czyszczenia i porządkowania, często wynikające z kompleksu niższości,  osoby w sposób nieopanowany wydające pieniądze, co zwykle bierze się to z niedojrzałości, bądź osoby nadmiernie zużywający leki bez uzasadnienia.  Chęć  natychmiastowego zaspokojenia zachcianek oraz  nałogowymi  objawami staje się sposobem rozładowania   napięć  emocjonalnych, co w konsekwencji jest nałogiem.

   W walce z każdym  nałogiem sukces zależny od tego, czy my zdajemy sobie sprawę z  przyczyn naszych zachowań i czy znajdziemy sobie jakiś cel w życiu.

Niektóre osoby zajmujące się tymi problemami, jak Ojciec Grande w swojej książce o przepisach na zdrowe życie  uważa, że każdy nałóg nie jest chorobą, lecz psychiczną rozpustą. Według niego człowiek musi znać wagę czasu, który przeżywa, a nie marnować go na przesadne rozrywki.

     Istotą nałogu jest bowiem utrata kontroli nad nim. Choroba składa się z dwóch elementów: obsesji  umysłowej, która sprawia, że człowiek uzależniony nie potrafi wyobrazić sobie życia  bez powrotu do tego nałogu i nawet po dłuższej przerwie powraca znowu do tego samego oraz uczulenia fizjologicznego, które pojawia się natychmiast po ponownym spotkania się z nałogiem. Taka osoba obiecuje sobie , że więcej tak nie zrobi, ale  ponownie to powtarza. Człowiek rozumny tego by nie zrobił, ale człowiek uzależniony postępuje inaczej, niż człowiek rozumny, który wiedząc, że rękę sobie poparzy wkładając ją do wrzącej wody, ponownie za kilka dni to samo czyni.

Ale to nie wszystko. Najdziwniejsze jest, że mimo istnienia łatwo rozpoznawalnych objawów, osoba taka nie wie, że jest chora. Choroby nałogowe należą do specyficznych chorób określanych jako zespół chorób zaprzeczeń. Dotyczy to szczególnie alkoholików, narkomanów, palaczy czy też lekomanów. Jednakże nie omija to też inne grupy osób uzależnionych.

   Podejrzenie o nałogi to bardzo poważny zarzut. Ma ono bowiem jednoznaczny wydźwięk moralny. Nikt nie przyznaje się łatwo do tego, że jest zepsuty, zwłaszcza, gdy czuje się niewinnym.

Takie problemy jak : kłopoty w pracy i problemy małżeńskie, podenerwowanie, trudne dzieciństwo, oraz inne wydarzenia uzależniony próbuje nieświadomie przerzucić na kogoś innego.

Problemem osoby  uzależnionej jest bowiem nieumiejętność radzenia przez dłuższy okres czasu z samym sobą, własnymi myślami, emocjami oraz uzależnieniami.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                    

Człowiek uzależniony przypomina dziecko. W polu jego świadomości dominują dwa pojęcia: JA oraz  CHCĘ. Nie jest odpowiedzialny, zamiast wytrwale budować swój los, woli manipulować innymi, by spełniali jego zachcianki. W gruncie rzeczy jest tchórzem, boi się stawać oko w oko z życiem: woli, by inni robili to za niego. Nawet jak nie jest egoistą, myśli i mówi wyłącznie o sobie i nie przychodzi mu do głowy, że ktoś może się nim nie interesować.

Dziecko, gdy nie dostanie cukierka to płacze, osoba uzależniona ucieka w swój nałóg.

     Dziś nałogi uważane są za chorobę, a nie grzech. Może jeszcze nie przez wszystkich, ale na pewno przez tych, od których najwięcej zależy. Przez lekarzy i nauczycieli, przez sędziów, policję i prokuratorów, przez duchownych i ludzi zawodowo udzielających porad małżeńskich i rodzinnych. Wszyscy oni

wiedzą, że każda forma nałogu jest postępującą chorobą. Znają początkowe objawy, potrafią je bardzo wcześnie rozpoznać.

     Rodzina osoby uzależnionej, nawet najbardziej kochająca przeważnie szkodzi jemu, podsyca jego chorobę. Wierząc w to, że jest to kwestia jego wyboru i silnej woli, chce go wzmocnić. Poświęca się, pilnuje, troszczy, wymusza solenne obietnice. Wszystko na nic.

Dopiero jak uzna, że jest bezsilna wobec jego nałogu, wtedy będzie mu mogła pomóc.

     Jedyny sposób, w jaki rodzina może pomóc to zostawić go w spokoju. Nie nalegać, nie nakłaniać, nie krzyczeć, nie błagać. Ale też nic za niego nie załatwiać: zaświadczeń lekarskich, pożyczek ani zwolnień z pracy: nie tłumaczyć go chorobą. Niech robi to wszystko na własną odpowiedzialność. A skoro jest to choroba, to nie ma się czego wstydzić, przeciwnie, poradzenie sobie z nałogiem może być powodem do dumy i chwały.                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                                        (przygotował Jakub kwiecień 2008)

 

 Sposób na świat i życie ?

 Nie ulega wątpliwości, że nasz świat to świat ludzi w głównej mierze uzależnionych. Taka już jest w dużej mierze nasza cywilizacja i zdaje się, że pędzi to dalej w płytkość kontaktów, wyimaginowanych oczekiwań i krytyki tego, co jest. Właściwie można od wszystkiego się uzależnić. Od własnych emocji też, co dzisiaj obserwuje się nader często. Najłatwiej jednak od alkoholu, bo on też jest najbardziej dostępny. Jak trudno wówczas zdać sobie sprawę, że już dzieje się coś złego, bowiem w końcu powszechność choćby picia powoduje, że staje się to normą społeczną.

Jakże wielu z nas nie potrafi kochać i nie czuje się kochanymi. W takiej sytuacji bardzo łatwo człowieka zniewolić, właśnie przez ofertę uzależnienia od konsumpcji. Kultura bowiem, w której tkwimy ma jedno tylko do zaoferowania, a mianowicie: bierz i konsumuj. Tymczasem uzależnienie od konsumpcji jest tak niebezpieczne, że wpędza człowieka w fałszywy kąt zakłamania, nawet wobec siebie samego i powoduje, że nie wytrzymujemy ciśnienia tego, kim według świata powinniśmy być i co powinniśmy mieć.  

Każde uzależnienie jest ucieczką od czegoś, co trudne, wymagające, bądź też jest brakiem czegoś w życiu. Tych braków może być dużo, ale najważniejszy z nich i podstawowy to właśnie brak miłości. Człowiek, który nie potrafi kochać, albo który czuje, że jest niegodny miłości jest łupem dla uzależnienia.

Otóż uzależnienie, choćby alkoholowe, pomaga mu w takiej sytuacji otworzyć się, tak jakby ogrzać się, czego oczywiście nie otrzymuje z życia.
Gdy nie potrafimy wyrażać swoich uczuć, swoich pragnień i potrzeb, wówczas choćby po alkoholu, te uczucia i pragnienia łatwiej wychodzą na zewnątrz. Groźba uzależnienia wzrasta, gdy nie szukamy innych rozwiązań sytuacji, niż w uzależnieniach, a nie szukamy dlatego, bo ani takiej odwagi w nas nie ma, a jeszcze wymaga to pracy i wysiłku każdego z nas osobiście.

Jeśli w nas tyle stresu, przemęczenia i napięcia to najlepszym ,rozładowaczem” wydaje się alkohol, bowiem rozluźnia to, co napięte. Gdy do tego dodamy, że potrzebujemy wszystko szybko, zaraz, natychmiast, to nie ma czasu na spokojną pracę, na pogłębienie relacji, czy na refleksję i przez co wzrasta liczba ludzi pijących, bądź uzależnionych od czegoś tam, tym samym zadufanych w sobie i obrażonych na świat, gdy ten nie daje im tego, co w ich mniemaniu powinien im dawać.       

Statystyki są bezwzględne. One mówią dziś, że wciąż wzrasta liczba tych, co są uzależnieni. Od alkoholu już co piąty Polak. I wciąż to wzrasta. Tak jak i od innych uzależnień. To cena świata konsumpcyjnego, gdy to, co materialne wyparło to, co należy do świata ducha. Ciało zaś bez ducha, czym jest?                   

                                                                                                                                                            Ks. Krystian Hampel kwiecień 2008

 

Uzależnionych więcej, niż myślimy.

 Nie ulega wątpliwości, że alkoholizm jest dziś chyba najgroźniejszą, a jednocześnie najpowszechniejszą z chorób i groźnych nałogów niszczących wielką część naszego społeczeństwa. Gdyby zapytać przeciętnego człowieka: kto to jest alkoholik, to z pewnością powie, że to ten, który zdegradował już siebie w zdrowiu, utracił majątek, często dom, pozycję społeczną. Tymczasem, gdy już tak jest, to jest to już ostatni ,,zakręt alkoholizmu”,  po którym jest już tylko śmierć. Są  przecież stany wcześniejsze, które zapowiadają jedynie ten ostateczny. To po prostu choroba, która objawia się już

 tym, że częściej zagląda się do kieliszka, często pije się piwo ...  Taki człowiek

 twierdzi, że przecież  jest zdrowy.          

Tymczasem alkoholizm niszczy człowieka w każdej jego funkcji. Niszczy też otoczenie, bo niszczy ludzkie więzy, niszczy wartości; człowiek staje się wyniszczony  fizycznie, co często widać naocznie. Jednak leczenie dopiero na tym etapie jest niezwykle trudne, tłumaczenie, choćby w konfesjonale – nieskuteczne. Wszystko poszło niejako ,,za daleko”. W pewnym momencie nie sposób kontrolować już swoich alkoholowych wypadów, nie można pić umiarkowanie. Jedynym wyjściem dla alkoholika jest całkowita abstynencja.

Nie sposób, aby człowiek pijący sam wyszedł z tego nałogu, jak zresztą z wielu innych.

Aby przestać pić, zażywać narkotyków, powstrzymać się od nałogu papierosów, seksu itd. trzeba zmienić w sposób radykalny wszystkie aspekty swego życia, wszystkie wartości życia. Inaczej nic się nie zmieni, a będzie jeszcze gorzej.

Niestety,  jest tak wiele nałogów, tak łatwo wpaść w uzależnienia. W dzisiejszym świecie jest to coraz większy problem, a będzie jeszcze większy.

                                                                                                                                  Ks. Krystian marzec 2008

 

/////////////////////////////////////////////////////////////////

//////////////////////////////////////////////

///////////////////////////////////

 

Wierzyć tak, ale dajcie mi dowody, albo daj mi spokój

 Chciałbym i ja dotknąć przebitych rąk i nóg, zapytać wprost: czy to Ty Jezu, prawdziwy Bóg? Łatwiej byłoby mi uwierzyć, stąpać po tej ziemi, uczestniczyć w niedzielnej Eucharystii, modlić się w zamian nic nie oczekując. To tak, jak wtedy, gdy mi będziesz udowadniał, że mnie kochasz, bo mi w pracy pomożesz, bo spełnisz to, co będę chciał, wtedy się zmienię. Otóż w życiu nie wystarczą dowody, znaki, w życiu trzeba też wiary, zaufania, drogi, która widzi dalej i głębiej.

Nasze media podały wieść: znany kapłan, teolog i autor wielu publikacji naukowych porzucił wpierw kapłaństwo, potem Kościół. Nieraz może w życiu zabraknąć czegoś nieodzownego: gdy nie ma nas u stóp Boga, gdy nie trwamy przy Chrystusie, a jedynie mędrkujemy o religii, Kościele, Bogu, a tak naprawdę nie ma nas samych tam, gdzie być powinniśmy. Właśnie u stóp Chrystusa.

Ilu z tych, co przystępują do sakramentu małżeństwa, chcą być chrzestnymi, a więc tymi, którzy dają sobie i dziecku żywą wiarę, to już agnostycy, a może i ateiści w niedalekiej przyszłości? Bo wszystko jest łaską, darem, ale i to wymaga trudu, wysiłku i prób, by rozpocząć od nowa. 

Człowiek potrzebuje słowa, odpocznienia od codziennych trudów i wciąż nowych sił i nowej nadziei. Kłamstwem jest, że można wierzyć bez Eucharystii, bez sakramentu pokuty, i wogóle bez sakramentów i bez modlitwy! Ot, tacy wierzący niepraktykujący, wierzący "wielkanocni" i "bożonarodzeniowi", wierzący, którzy czasu nie mają, którzy w niedziele dorabiać muszą.  Przypomina mi się Tomasz z Ewangelii, który szuka znaków, potwierdzenia. Ale szukał, pytał, czekał. Dziś wielu nie czeka już na nic, nie pyta, nie szuka - po prostu ich w gruncie rzeczy to nie interesuje. Tym zajmą się później. A Bóg pozwala, zostawia, czeka i puka. Daje się też dotknąć, zbliżyć, zobaczyć. Wszystko z miłości. My zaś szukamy gdzieś w przestworzach, w mediach, w jakieś energii...  

                                                                                                                                          Ks. Krystian Hampel kwiecień2008

  

Ci, którzy żyją nadzieją, widzą dalej. Ci, co żyją miłością, widzą głębiej. Ci, co żyją wiarą, widzą wszystko w innym świetle.

                                                                                                   Lothar Zenetti

 

Jak trudno być człowiekiem, mężczyzną też !

Dzisiejszy człowiek w dużej mierze jest pogubiony w chaosie pracy, obowiązków, zadań, które wciąż na niego czekają. Z drugiej strony widać, że wielu ,,uciekło” już dawno od prawdziwej pracowitości, od prawidłowo pojętej religijności, od zabawy, która jest częścią naszego życia .... W tym gąszczu życia, często tak poplątanego, staje ktoś, od którego wymaga się znacznie więcej, niż - tak słaby - może sprostać i osiągnąć. Tym jest w dużej mierze dzisiejszy mężczyzna.

To on ma osiągnąć sukces i to sukces wszelkiego typu, to on ma zapewnić rodzinie godne warunki materialne i sprostać wszelkim zadaniom, które nałożyło społeczeństwo. Rzecz w tym, że wymaga coraz częściej i wyraźniej nie tylko społeczeństwo, pracodawca, dyrektor, ale i drugi człowiek dla niego - kobieta: matka, żona, człowiek, który jest kochany.

Presja i to, co powinniśmy zrobić dotyka nas wszystkich, jest wszechobecna, jednak w stosunku do mężczyzn jest szczególna. Proszę zauważyć, że wciąż w wielu męskich  głowach tkwi przeświadczenie, że ,,trzeba sprostać wszystkim zadaniom’’, że ,,nie wolno zapłakać, bo to nie męskie’’... Niestety, nie tylko w męskich głowach.

Tempo życia jest dziś tak ogromne, zmiany tak potworne, że nie sposób objąć wszystko. Spotykając kogoś, kto wciąż popycha nas - mężczyzn - aby być najlepszym, aby sprostać wzorcom męskości według dzisiejszego świata - jest to po prostu niemożliwe, a tym samym tragiczne dla dzisiejszego mężczyzny. Nigdy nie można być ofiarą nieskończonych oczekiwań, bo to, z czym boryka się współczesny mężczyzna to wewnętrzne rozdarcie, które polega na tym, że może nie sprostać zadaniom, które wynikają z jego męskości, choćby dlatego, że np. jego pozycja materialna jest często znacznie niższa, niż drugiej strony. Gdy nakręca się nieustanna konkurencja, walka o prestiż, stanowisko, wygląd, to w tym ginie szczególnie mężczyzna. Jego rola - tak jak niektórzy by pragnęli - nie polega na ciągłym zdobywaniu, lecz na radości z tego, co się już ma i zdobyło. I to jest mądrość, szczególnie ta męska.

Szczególnym niebezpieczeństwem dla człowieka, a dla mężczyzn w sposób wyjątkowy jest przeświadczenie, że właśnie zdobywanie jest drogą do szczęścia. Oczywiście ważne jest zdobywanie, ale uzależnienie się od zdobyczy, które zresztą nie ma końca, jest drogą ku nieszczęściu. Przed tym przestrzega nas też Pan Jezus. Można powiedzieć obrazowo, że Chrystus nie tyle zdobywał dla Królestwa Bożego, co łowił.

Mężczyźni są szczególnym łatwym kąskiem dla rozpaczy, lęku, zagrożenia, bowiem to jest zawsze to, co przychodzi ,,od zewnątrz”. A ponieważ mężczyźni często działają w sferze zewnętrznej, stąd łatwo utracić równowagę ducha. Stąd taki mężczyzna nigdy nie rozumie kobiet, bo wypiera to, co stanowi szczególny kobiecy świat, a więc to, co wewnętrzne.  Dzisiejszy mężczyzna jest samotny.  

Silny mężczyzna to – paradoksalnie – ten, kto przyznaje się do błędu, pomyłki, jest otwarty na to, co ubogaca go wewnętrznie i gotów jest przyjąć wsparcie kogoś, kto tak naprawdę go kocha i szanuje.

Mężczyzna to ten, co rozwija swój wewnętrzny świat, swoje wewnętrzne zdolności, a nie ten, co potrafi wilka upolować. Jak trzeba to i wilka upoluje, ale najpierw wie, że musi rozwijać w sobie to, co męskie i to, co kobiece, bo to drugie też prawdziwy mężczyzna ma w sobie. Nie ma bowiem męskości bez kobiecości. Warto o tym pamiętać, mężczyźni!                           

                                                                                                                                                                          Ks. Krystian luty 2008

  

Jak trudno uwierzyć w miłość, szczególnie mężczyznom !

Czy miłość ma w sobie łzy? Oczywiście! Słyszałem wiele razy powiedzenie, że mężczyźni nie płaczą, tylko przedwcześnie umierają na serce. Niestety, też tak jest. Ukryte emocje, często bardzo silne, również religijne, przynależą również do świata mężczyzn. I trzeba je umieć wypowiedzieć, wyrazić, co wcale nie nie jest łatwe, szczególnie właśnie dla mężczyzn.

Trzeba wiedzieć, że miłość ma wiele twarzy i nie wystarczy do tego, by założyć szczęśliwą rodzinę. Miłość może wystarczyć do nawiązania przyjaźni i często tak bywa. Można być przyjacielem dajmy na to alkoholika, ale nie można go wybrać na małżonka i rodzica przyszłych dzieci, gdyż dopóki trwa w nałogu, dopóty nie jest w stanie dojrzale wypełnić obowiązków małżeńskich i rodzicielskich. Miłość więc wymaga dojrzałości całej osoby. Stąd jest też taka trudna.

Większość ludzi zgadza się z tym, że do szczęśliwego życia we dwoje jest potrzebna nie tylko miłość, lecz także dojrzałość i to nie tylko do życia we dwoje, ale w ogóle, aby być  szczęśliwym. Najogólniej mówiąc z tą dojrzałością dzisiaj różnie bywa.

Małżeństwo to najbardziej niezwykła miłość. To właśnie w małżeństwie i rodzinie człowiek uczy się tej miłości.

Miłość, szczególnie ta małżeńska niepokoi dziś wielu młodych ludzi, szczególnie zaś mężczyzn. Dlaczego? Bo stawia wysokie wymagania. Ale coraz więcej ludzi lęka się zobowiązań, które się z miłością wiążą. Stąd też trudno nawet mówić o miłości, a cóż dopiero ją prawdziwie przeżywać według zasady: „ żyję na luzie, do niczego się nie zobowiązujemy, jeśli jakieś trudności, to się rozstaniemy i spróbujemy zbudować równie wygodne, oczywiście dla mnie, więzi z inną osobą”. To jest wizja życia, jako jedynie rozrywki, kiepskiej zabawy, a miłość nie jest żadną odpowiedzialnością i nie wyraża dojrzałości osoby.

                                                                                                                                                                  Ks. Krystian luty 2008